🎈 Moja Babcia Jeździ W Stajni Na Motorze

2K views, 22 likes, 7 loves, 3 comments, 3 shares, Facebook Watch Videos from Publiczna Szkoła Podstawowa im. Orła Białego w Kiełczewicach Górnych: "Moja babcia nie jest siwa, świetnie biega, nieźle

Nie ma lekko. Matka-artystka i niepokorna córka. To nie może być prosta historia. Obie uparte i bardzo zdeterminowane. I tak bardzo podobne! Trudna matka, trudna córka? Maryla Rodowicz: Kasia mieszka w Krakowie. Nie widujemy się więc codziennie. I może dlatego jest łatwiej. Katarzyna Jasińska: Proporcjonalnie do odległości. Maryla Rodowicz: Ale widujemy się, zwłaszcza na święta, to Kasia piecze dla nas ciasta, a ja mam tylko nadzieję, że połowa jej nie wyjdzie. Katarzyna Jasińska: Lecz jak na złość wszystkie są doskonałe (śmiech). W tym domu gotuje się jak dla wojska, sześć osób przy stole, więc musi być co najmniej sześć ciast. Maryla Rodowicz: Ostatnio sernik został pochłonięty jeszcze przed świętami. Nie martwiłabym się tym talentem. W zasięgu ręki masz drugi zawód. Maryla Rodowicz: Wszyscy mnie namawiają, żebym została cukiernikiem. Maryla Rodowicz: Tak, bo Kasia piecze codziennie, i to bardzo skomplikowane wyroby. Kiedy twój brat Jasiek będzie otwierał w sierpniu kawiarnię i bar w Krakowie, będziesz dostarczać im swoje ciasta. Katarzyna Jasińska: Razem z kubkami: "Wszystko z kocią sierścią smakuje lepiej". Mam taki kubek. A masz kota? Katarzyna Jasińska: Trzy. Maryla Rodowicz: Kiedy moja mama zapytała, ile Kasia ma kotów, bo nigdy nie pamięta i powiedziałam, że trzy, tylko machnęła ręką, co miało znaczyć: No tak, stara panna. To staroświeckie określenie. Nie przejmujcie się. Chciałabym porozmawiać o dojrzewaniu do bycia matką i do bycia córką – to temat zawsze aktualny. Katarzyna Jasińska: To nas nie dotyczy, wszystko jeszcze przed nami. Ale mama wiele z Tobą przeszła? Katarzyna Jasińska: Tak jak ja z mamą. Maryla Rodowicz: No wiesz?! Co ty ze mną przeszłaś? Ja taka tolerancyjna... Katarzyna Jasińska: Nie rozmawiajmy w ten sposób, bo to się źle skończy. Maryla Rodowicz: No coś ty! Może przypomnieć ci kilka faktów? Na przykład pojechaliśmy do Dubaju. Uparłaś się, że zaliczysz kurs nurkowania na jakimś basenie, do którego trzeba było dojechać taksówką. Katarzyna Jasińska: Było zupełnie inaczej. Najpierw odbywało się to w basenie u nas w hotelu. Dopiero potem na zajęcia teoretyczne jeździłam do centrum Dubaju, stamtąd zawozili nas do portu i nurkowaliśmy z łodzi w morzu. Maryla Rodowicz: Czternastoletnia dziewczyna, blondynka, codziennie wsiada z Arabem do taksówki i jeździ do miasta. Oczywiście, że się buntowałam. Ale i dla Kasi nie ma czegoś takiego jak zakazy. Kiedy powie: "jadę" lub "idę", to jedzie lub idzie. Kiedy jeździła do Buffo w Warszawie, bo była fanką teatru, codziennie korzystała z taksówki tam i z powrotem. A wracała późno. Katarzyna Jasińska: Nie miałam wyznaczonej godziny powrotu. Mówiłam na przykład, że wrócę rano. Chociaż ty żądałaś: "Wróć o dziesiątej". Maryla Rodowicz: A co ty tam robiłaś pod tym teatrem? Przypalałaś marihuanę? Katarzyna Jasińska: Bez przesady, nie narkotyzowałam się tak, jak całe moje pokolenie, a marihuany nie przypalam, bo mi szkodzi. Niestety. Maryla Rodowicz: Naprawdę? A miałaś ją w kieszeni. Katarzyna Jasińska: Sprawdzałaś mi kieszenie? No wiesz! Muszę wziąć Kasię w obronę. Nie była taka zła, skoro nie popadła w żaden nałóg? Maryla Rodowicz: Nie mówię, że była zła, tylko trudna. Opuszczała lekcje albo szła na angielski i nigdy tam nie docierała, tylko spotykała się z klubem motocyklowym. Co cię w nich pociągało? Katarzyna Jasińska: Miałam swoich kumpli, braci, moją rodzinę. I też jeździłam na motorze. Maryla Rodowicz: Jakiś motor przyprowadziłaś do domu, WFM-kę chyba? Katarzyna Jasińska: Najpierw miałam WSK-ę, a potem MZ-tkę. Maryla Rodowicz: Zaczęła je rozbierać i składać. I w dodatku nie miała prawa jazdy. Katarzyna Jasińska: Ale szkołę zaliczałam, na szczęście nie przeszkadzała mi się rozwijać. Maryla Rodowicz: I równolegle zaczęłaś się fascynować końmi na wakacjach, u ojca na Mazurach. Mnie zaniepokoiła Kasi historia internetowa. Maryla Rodowicz: To było rok przed maturą. Kasia popadła w nałóg i romans internetowy. Rano nie chciała iść do szkoły, mówiła, że boli ją głowa. Pomyślałam: Dlaczego? W końcu weszłam o czwartej nad ranem do jej pokoju, a tam otwarty komputer, a ona klika w najlepsze. Zabrałam kabel. A następnej nocy ona zabrała klatkę z białym królikiem i pojechała pociągiem do Wrocławia. Nigdy w życiu tego chłopaka wcześniej nie widziała ani w życiu nie była we Wrocławiu. Na miejscu okazało się, że on w domu razem z ojcem reperuje telewizory. Nie zakochałaś się w tym chłopaku? Katarzyna Jasińska: Wydawał mi się całkiem w porządku. Maryla Rodowicz: Siedziałaś tam dwa miesiące, sama przez cały dzień, bo on naprawiał te telewizory. Katarzyna Jasińska: Czy musimy wchodzić w takie szczegóły? Maryla Rodowicz: W końcu powiedziałaś ojcu, gdzie jesteś. Pojechaliśmy więc z Krzysztofem do Wrocławia, zgodziłaś się zamieszkać z ojcem w Krakowie. Do mnie już nie wróciłaś. Ojciec znalazł dla niej szkołę, gdzie bardzo dobrze zdała maturę, na same szóstki. A potem złożyła papiery na Uniwersytet Jagielloński, gdzie przyjęli ją bez egzaminu, i zdała egzamin wstępny na Akademię Rolniczą z drugą lokatą. Katarzyna Jasińska: Mama chciała, żebym studiowała w akademii sztuk pięknych. Maryla Rodowicz: Bo masz talent plastyczny, a zaczęłaś studiować hodowlę zwierząt. Ale chyba się zraziłaś, bo tam za dużo było o gatunkach gleby i nawożeniu i trzeba była projektować kurniki. Katarzyna Jasińska: Zraził mnie po prostu niski poziom wykładowców. Bardzo chętnie zobaczę, jak to wydrukujecie. Teraz czeka mnie nowa przygoda ze szkolnictwem wyższym. Zaproponowano mi pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Będę prowadziła zajęcia dla studentów czwartego i piątego roku psychologii, zrobię wszystko, by moi studenci nie czuli się tak, jak ja kiedyś. Maryla Rodowicz: Kasia ma dużą wiedzę w wielu dziedzinach. Ja na przykład podziwiam ją za to, co wie o życiu zwierząt podwodnych. Zwłaszcza o węgorzach. Katarzyna Jasińska: Bo węgorze akurat mnie interesują, a kiedy coś mnie interesuje, zagłębiam się w temat. Ale kiedy mnie nie interesuje, nie czytam o tym wcale. Dlatego od 15 lat nie oglądam telewizji. Bez telewizji jest na pewno spokojniej. Katarzyna Jasińska: Jest bardzo dobrze. Nie jestem w stanie usiedzieć długo u mamy, gdzie telewizor jest włączony przez cały dzień, a centrum domu to kanapa i odbiornik. Oglądają wszystkie turnieje tenisowe i rozmowy polityczne. To nie do z niesienia. U mnie centralnym punktem domu jest kuchnia, kiedy ktoś przychodzi, gadamy w kuchni, ja piekę ciasta, a koty siedzą na kolanach. Maryla Rodowicz: A ja lubię polityczne rozmowy. Katarzyna Jasińska: Dla mnie to sami oszuści. Wybaczcie, ale moim zdaniem jesteście bardzo do siebie podobne. Żadna drugiej nie ustąpi. Maryla Rodowicz: Jest jeszcze babcia, moja mama. Katarzyna Jasińska: Też do nas bardzo podobna. Mój brat Jasiek mówi o nas, że jesteśmy identyczne, tylko że babcia jest demonem, mama trochę mniejszym demonem, a ja przy nich wychodzę na świętą. Maryla Rodowicz: Akurat! Katarzyna Jasińska: Z pokolenia na pokolenie ta moc słabnie. Marylo, nie pamiętam, żebyś Ty była tak zbuntowana jak Kasia. Maryla Rodowicz: Aż tak to nie. Moja babcia, czyli mama mojej mamy, mogłaby ci o mnie opowiedzieć, gdyby żyła. To ona się mną zajmowała, bo mama pracowała. Kiedyś chodziło się do pracy na siódmą rano. Mama była dekoratorem wystaw sklepowych, po pracy śpiewała w chórze PSS (Powszechna Spółdzielnia Spożywców), a w domu do nocy malowała ręcznie pocztówki świąteczne. Katarzyna Jasińska: A niektórzy dzisiaj chodzą do pracy na czwartą rano, jak ja. Latem, kiedy jest gorąco, o ósmej muszę już mieć konie nakarmione, wyczyszczone, oporządzone. Maryla Rodowicz: Rok temu, kiedy pracowałaś w stajni na wsi w Szwajcarii, musiałaś wstawiać codziennie o piątej rano. Żeby wyrzucić gnój spod tych koni, wywieźć go taczką, potem podłożyć świeże siano. Napoić, nakarmić. I na każdym koniu jeździć godzinę. Katarzyna Jasińska: A było ich siedem, a zimą jeszcze dodatkowo młodzież do zajeżdżenia – razem 14. Cały dzień z głowy. Maryla Rodowicz: Po roku takiej pracy wyrobiłaś sobie niesamowite mięśnie. Katarzyna Jasińska: Myję zęby przed lustrem i patrzę, a na szyi mam straszną gulę, jakby mnie coś ugryzło. Podnoszę drugą rękę – tak samo. Zrobiło mi się karczycho jak u Haldkorowego Koksa. Chyba zaimponowałaś tym swojej mamie? Maryla Rodowicz: Zaimponowała, ale denerwowałam się, że nie dostaje pensji, siedzi w Szwajcarii, pracuje jak wyrobnica, a ja muszę ją utrzymywać. Kasia twierdzi, że dużo skorzystała, bo ten Szwajcar jest świetnym fachowcem, to najlepszy instruktor naturalnej metody pracy z końmi w Europie. Katarzyna Jasińska: Byłam u niego na terminie po prostu. Maryla Rodowicz: Jak chłopiec u szewca.

Moja babcia jest wkurzająca. Moja babcia każe mi teraz w grudniu chodzić codziennie do kościoła bo są roraty, zawsze gada, że tyle osób z mojej klasy ZAWSZE jest w kościele, a jak 2 razy poszłam w październiku na różaniec to o dziwo nikogo nie było nawet ze szkoły. Kiedy chcę żeby mama mi kupiła nowe spodnie czy coś to moja
Wykluczyłam automatyczne otwarcia izawęziłam ramy czasowe wiedząc że Roan jeździ jak eliminated the automated booths andthen narrowed the time frame knowing roan drives like a little old jak moja babcia która w lewej ręce ma dwa palce samochodem identycznym jak Kettlemobil. Okazało się że pańska przeurocza drives a car that is a whole lot like the Kettle-mobile. But it turns out your lovely doesn't let us ride in the car without booster Their grandmom's in a wheelchair so… Yeah well you się że pańska przeurocza babcia jeździ samochodem identycznym jak drives a car that is a whole lot like the Kettle-mobile. But it turns out your lovely mogę uwierzyć że wszyscy chcą wygrać coś czym moja babciajeździ po can't believe everyone's so excited to win something my nana uses to get her mail. Wyniki: 46268, Czas: grandmother, granny, grandma to najczęstsze tłumaczenia "babcia" na angielski. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Masz głos podobny do mojej śp. babci. ↔ Your voice reminds me of my late grandmother. babcia noun feminine gramatyka. zdrobn. babka (matka ojca lub matki) [..] + Dodaj tłumaczenie. Najlepsza odpowiedź blocked odpowiedział(a) o 16:08: Całkiem normalne. Jeśli chłopcy mogą, to dziewczyny też! Odpowiedzi Sama jeżdzę na skuterze i planuje w przyszłości zrobić prawo jazdy na motor więc uważam że to jest spoko xD blocked odpowiedział(a) o 16:08 moga jezdzic:PPja jezdze!! oOo..;D odpowiedział(a) o 16:09 Mogą i to nie jest głupie ! :) dlaczego nie?Ludzie bardziej obserwują motocyklistki ,bo odbiegają od przyjętego obrazu mężczyzn. blocked odpowiedział(a) o 16:09 ja jeżdże na skuterze, ale ścigacz wujka cały czas w garażu... no mogę ;>> Daajulka odpowiedział(a) o 16:10 Oczywiście, że mogą. Moja ciocia ma motor ... I to całkiem normalne. A czy powiedziane jest, że rowery są tylko dla dziewczyn i chłopacy ich nie mogą mieć, bo to głupie? Nie! Więc dziewczyna także może mieć motor ! Ale taka rozsądna ... Która się na nim nie zabije . AśQ15 odpowiedział(a) o 16:11 można i to nie jest wcale głupie ;p blocked odpowiedział(a) o 16:13 pewnie, że tak. to nic dziwnego. Spox odpowiedział(a) o 16:28 Hehe No Jasne .. Też masz zamiłowanie do motorów ?? No to witaj w klubie Ja też .. Jeżdżę na Quadzie 700 setce tylko trudno jest na początku bo te biegi i wgl.. ale na skuterze jest zarąbiśćie .. Tylko że na skuter trzeba mieć Motorowerową karte .. A nA quada ee Prawojazdy ;-/ Oczywiście że mogą, ja sama podbieram crossa mojemu bratu xDD Uważasz, że ktoś się myli? lub Hej,przejrzalam wszystkie posty i byc moze juz mi szkla wychodza, a moze to i fakt, ze nie ma postu "kobiecego". Ale o co mi chodzi Otoz zdarzylo mi sie ostatnio po raz pierwszy przejechac motorem (jako pasazer) wraz z moim znajomym. Nowa historia z dawnego życia 4 Nowy Rok 1962. Jak co rok, przyszli do nas sasiedzi z życzeniami noworocznymi. Tato czekał na widzę w Jego oczach, radość że jeszcze go nasi lubią i szanują. Czy tak było i tam w Bośni ? To mnie zaciekawiło i będę pytać o to. Jak tam się spotykali, i gdzie. Mama już kroi szynkę wędzoną, a Tato przyniósł ze strychu dwie butelki rakiji ze śliwek. Sam to zrobił w parniku, nocami w stajni. Nie wiem jak, bo to nie chciał mi pokazać. Jest to wielka tajemnica, nie wolno tego robić. Grozi kara więzienia i nikt z nas nikomu nie powiedział o tym. Nikomu. Nawet Szwagier Franek i Ucjanie wiedzą o tym. Ale co wiem, to że za lasem śliwki węgierki obrodziły i zerwaliśmy sporo kozyków. Te śliwki niemyte, ale czyste. Tato do beczki w której zawsze główki kapusty się kisi wsypał, i drewnianym tłuczkiem potłukł, by więcej weszło. No i to stało w stodole skryte za słomą. Dodał też do tego sporo miodu. Bo z ciekawości po paru dniach jak taty nie było, to odkryłam i spróbowałam. Smak miał słodkawy i pachniało winem. Była na wierzchu biała piana na całej powierzchni beczki. No i pecha miałam, bo Mama mnie złapała jak już zakrywałam. - I po co cholero tu grzebiesz ? Powiedziała do mnie wzburzona Mama. - To tylko z ciekawości Mamo, jak to wygląda. - Wiem, ty musisz mieć o czym pisać, to szukasz cholero i ściągniesz jeszcze nam na głowę kłopotu. Jak to ktoś przeczyta i doniesie na Milicję. - Ja nikomu nie daję do czytania, tylko ja o tym wiem. - Pamiętaj ! To co tu jest, nikt nie może o tym wiedzieć. Nikt nawet w domu nie mów co wiesz. Tyle lat mam przez te śliwki za lasem kłopot, a one jak na złość rodzą tyle słodkich i nie robaczywych śliwek. To aż serce boli by zgniły tam. - Wiem Mamo że Tato robi tą rakiję z tych śliwek co rok, by mieć czym poczęstować swoich jak przyjdą do nas. - Tak, po to tylko by przypomnieć sobie Bośnię, i pogadać o tym co było i nie ma, i nigdy nie będzie. - Wiem Mamo że to co zostało tam daleko, tu nie będzie. Ale ta rakija ciągle jest tu. Odkąd pamiętam Tato sam to robi i dobrze, chociaż tyle że nie musicie wy to robić po nocach. - Chce to mieć, to niech robi sobie sam. No i niech się cieszy że ma o czym gadać jak poczęstuje swoich rakiją, taką jak tam. - A wie Mama że jak na wiosnę wywozi gnojówkę za las, na łąki to najpierw podlewa te śliwki przy pustce. -No to dlatego tak rodzą te śliwki. Nawet nie pomyślałam o tym nigdy. - Wiosną mokro i często pada deszcz to gnojówka nie wypali korzeni. To dobrze na łąki, lepiej trawa rośnie i tym śliwkom służy. Tylko nie mówcie Mamo Tatowi, że to Ja powiedziałam wam o tym. - Nie nie, ale sama go złapię na tym, jak to robi. - Teraz muszę tylko zobaczyć jak to Tato robi, że to czyste i smakuje wszystkim. Tak jak w Bośni. Za kilka dni znów to odkryłam i spróbowałam. Ma smak trochę piekący w język, ale nie czuć słodkości no i pachnie jak wino. Piany już nie ma i śliwki nie pływają po wierzchu. Muszę przypilnować Tatę, bo zawsze gdy jesienią to robi, to w dzień śpi a w nocy pędzi tą swoją śliwowicę. Butelki korkuje i chowa na strychu w zbożu. A nawet kiedyś siałam mąkę na chleb i tam też były dwie butelki tej rakiji. Nie ruszałam bo po co ma wiedzieć że ja wiem. Ale jak to robi to mnie bardzo ciekawi. Jest już jesień. Czas kopania kartofli. Tato z chłopakami do stajni wniósł parnik i beczkę metalową. No to chyba dobre są te śliwki, muszę to sprawdzić. Tato w południe zawsze śpi, no to muszę to spróbować bo potem będzie za późno. Ktoś tu już dziś był, bo w beczce jest kołek. No i próbuje. Jest dziwne, szczypie ae i piecze jakby było gorzkawe i nie słodkie, ale i nie kwaśne. No i chyba już czas by z tego zrobić rakiję. Tato do parnika ma na sianie schowaną pokrywę z grubej dębowej deski, co ma metalowe rurki wkręcone i coś takiego jakby to było ze skóry, bo tym można kiwać na boki. Ale do czego to ? Bardzo mnie to już ciekawi, jak to Tato robi ? Jest jeszcze coś jak mieszadło z drzewa. No i już wiem, to mieszadło wchodzi w to ze skóry, i chyba jak się to już gotuje to miesza tym po dnie parnika, by się nie przypaliło. Nawet są ślady śruby na tej pokrywie, jak to przykręca do parnika. Tylko jak to i czym połączy z beczką która też ma wkręcone jakieś rurki i kołki wsadzone by woda nie wyleciała ? Rano idę do szkoły i tego już w stajni nie ma. W nocy boję się wychodzić na podwórko, no i nie budzę się bo śpię. A Tato cicho to robi że nic nie słychać. Dziś odkryłam na strychu w życie jak brałam kurom ziarno rurkę skręconą w spiralę, dość grubą i jakieś dwie dłuższe rurki krzywe, i jedną krótką. Są w pudełku, zasypane żytem. I już jest całość. Wiem że w parniku się to gotuje, i tymi rurkami para leci przez spiralę z rurki, co jest w beczce z zimną wodą. No i wylatuje niżej rurką do garczka. Sprytne to urządzenie i proste, a tyle konspiracji by to mieć i wypić na Nowy Rok, jeden ciekan za Bośnię. - Mamo, dlaczego te buteleczki śmieszne są do picia rakiji ?- To ciokany z Bośni, i to pamiątka stamtąd. I raz na Nowy Rok trzeba z tego się napić tej rakiji. - Aha, to na pamiątkę trzymacie Mamo. Ale tyle mamy niemieckich kieliszków, i nikt nie mówi że są na pamiątkę po niemcu. - Może ci co tu mieszkali wzięli po parę na pamiątkę, i też z nich tam gdzie są teraz, też piją coś i wspominają ten dom. I nieraz modlę się żeby tylko nas nie przeklinały że my teraz tu na ich Mogą przeklinać tych, co to wymyśliły Mamo. - Tylko nikomu nic takiego nie mów, bo nie wolno krytykować władz Wero. - To ja wiem. Myśleć można, ale mówić głośno nie. Mamo, a za co Tato był we więzieniu dwa miesiące ? - A był bo nie powiedział prawdy skąd jest rower. - Aha, to o ten rower chodzi co Szczepan i Zyfryk przyniosły pod Parowy z lasu. - Tak o ten rower. Siostry Zyfryka zakopały w piasku rower, a Zyfryk powiedział Szczepanowi i wygrzebały. I przyniosły, a ktoś to widział i doniósł Ubekom. No i Tato nie chciał by ten biedny Zyfryk był bity to powiedział, że był w torfie na łące naszej schowany. Zyfryk dostał od nich lanie i się przyznał, i pokazał gdzie to było. Ubeki przekopały ten piasek dokładnie, a co znalazły to nikt nie wie. A Pieter siedział w Lisku dwa miesiące, w piwnicy. Puścili go bo zachorował, a leczyć go nie chciały. - A co zrobiliście z tym torfem co tam na łące był ? - Co rozsypaliśmy na pole to dobre na te piaski. Niemcy kopały torf gdzieś w lesie pod Węglińcem. Może tam gdzie są stawy z rybami, kto wie. Ale ziemie były żyzne, a teraz już są piachy. Gdyby nie gnojone to by nic nie urosło, a torf to trzymał wodę i żyzne pola były. - Mamo dlaczego Zyfryk został tu w Polsce ? Nie zabrały go ze sobą Jego siostry ?- Mówił że oni czekali wszyscy na samolot i było ciemno i zimno. Schował się do pudełka i zasnął. Nie było już nikogo jak się obudził. Wojsko ruskie grzebało w pudełkach i go znaleźli. - Mamo może mi opowie jak to było i co przeżył Oj wiele biedak przeżył bicia. Nieraz od Marcewicza na boso po szronie leciał przy rzece do nas, bo głodny i zmarznięty był. A tam pili Ubeki, a On się bał że będą go bić. Wiem że często tu Ale jak On się nie bał naszych ludzi mamo ?- Bo to Pieter go pod kościołem na odpuście spotkał. Siedział pod tym pomnikiem i płakał, że chce do domu tam. Mówił i pokazywał ręką dom gdzie Najdek mieszka. - Zyfryk mówił po polsku mamo ?- Nie, po niemiecku. A tato też zna niemiecki, bo robił u niemca w Bośni. Maszyną do młócenia jeździł i młucił ludziom zboże. Pamiętasz ? Przecież opowiadał o tym. Żal było mu Zyfryka i do niego powiedział po niemiecku by się uspokoił, że oni go znajdą i będzie dobrze. I od tego momentu ten mały mówi nam chrzestna i chrzestny. No i z chłopakami tu zaczął przychodzić. Coś zje, no i jest spokojniejszy. Ma wsparcie nasze i nadzieje że nie będzie długo sam, że oni go znajdą. Ale Marcewicz go przechrzcił i dał mu nazwisko nowe, i tak zostanie chyba tu biedny Zyfryk. Nikt go nie szuka, może zginęli jego mama i siostry. A oni go trzymają bo myślą że on coś im pokaże. A ja myślę że ze strachu takie małe dziecko zapomina prędko, nawet jak się Ale to historia Mamo, i dziwni to ludzie co tu mieszkają i skąd oni tu są ?- Jedni z Centarli, drudzy zza Buga, a ci pod Parową z bieszczad, jacyć Łemki. Ja nie mogę nieraz spać i myślę że to tu, to tak jak w Bośni. Jedna wieś,a ludzie różni. Bośniacy, Serbowie, Polacy i Chorwaci, i każdy patrzał sobie na ręce. Serby mówiły że Galicjanie to im świenie kradną z lasu, a Polacy że świnie Serbskie wyjadają im na polach wszystko co posadzą, i ciągłe sprzeczki były. Chorwaty z Polakami trzymały bo katolicy, a Serby prawosławni. Bośniacy muzułmani. Było tam trudno żyć. Tylko jak się urodzisz w takim miejscu to żyjesz i myślisz że to To prawda Mamo. Ja bym nie chciała wrócić z wami do Bośni, bo tu jest moje miejsce. Znam tu ludzi i oni mnie znają Mamo. - No to po co wypytujesz ludzi o tą Bośnię, i piszesz ?- Bo to nie ciekawi. - Marek tobie naopowiadał o tej Bośni. Siedziałaś tam aż ciemno się zrobiło. - Byłam u Bielaków. - Tak, akurat byłaś u Marka. Wiem, bo byłam u Łucji. I on był i mówił, jaka to ty ciekawa jesteś tej Jugosławi. Że tak się zagapiłaś i noc cię zastała. - To prawda mamo, tam byłam. Ferdowi lekcje pokazywałam, bo nie chodził do szkoły tydzień. - Byłaś to byłaś, ale ciekawi mnie co Marek ci naopowiadał o tej Bośni. Bo napisałaś dwie kartki aż. - A skąd wy wiedzieć możecie, jak czytać nie Nie umię, bo do szkoły nie mogłam chodzić. Po służbach matka mnie goniła, bo dinarów miała mało. A tato umi, nawet czyta po rusku. Bo tam Serby zmuszały by pisać i czytać dzieci polskie umiały. I Pieter umi. Pisał jakieś pisma Serbkom o podpory do władz. - To Polacy musiały się uczyć syrylicy, a te Serbki dlaczego nie umiały ? - Bo tam baba jak nie umiała to lepiej było dla chłopa. - A to dlatego wy mamo cicho, a o Tacie mówią w szkole że to stary bajaż. Siedzi pod sklepem i opowiada, co tam się działo w Jugosławii. I dzieci śmieją się z nas. - Muszę mu to powiedzieć. Robi się ciepło, to znów będzie tam chodził. - A stryj Marek mówił, że to co tato opowiada pod sklepem to nie bajki. To prawda, tak tam było. - Wiem. Byłam tam, i to samo widziałam i słyszałam. A Marek co ci mówił ? - Że był ranny, i był w domu. Jego mama nie pozwoliła mu nigdzie chodzić. Że do was na Jurkowice raz poszedł z dziadkiem Józefem, i przestraszył się że tyle dzieci serbskich jest koło domu. Że bym zdziwiony skąd Tato ich tyle przyprowadził, a miał swoich już sporo. No i teraz wiesz, ile ja miałam roboty i nadal mam. Tam ciągle był Pieter po za domem, bo musiał. A tu też, bo chce do ludzi, bo lubi gadać. - Stryj mówił, że wtedy ciotka była bardzo chora, i dziadek Józef bał się że jak nie pomoże Tato by wyzdrowiała, to strach bo Ustasze i Niemcy łażą. I za to że była u Partyzantów to mogą wszystkich Rysiów pozabijać. - To też prawda. Pamiętam to jak Marek i Stryj przyszły do nas, a Pieter był wtedy z chłopami i babami zakopywać w kozarze ludzi. Co Niemcy wybiły. Paulina uciekła z oblężenia i wtedy to się stało coś jej. Ona padała na ziemię i się rzucała. A też mówiła : smyrt faszizmu, swoboda narodu. No i dlatego wszyscy się bali tego, że jak ktoś to usłyszy i doniesie to będzie kłopot dla rodziny. Jak ja się bałam o dzieci swoje, że może coś się stać. No i o te co były obce u nas. Chłopaki pokopały dziury w górze, i tam się chowały jak tylko coś gdzieś się działo niedaleko. Boże, ile strachu ja, i roboty przeżyłam. Nieraz o tym myślę. Jak mogłam to sama zrobić, bez pomocy Pietra. On zawsze gdzieś, a ja sama z dziećmi w domu, w polu. I ile jeszcze mnie czeka roboty, oby tylko nic nie bolało. A już koniec mego pisania o tym, jak w tej Bośni moim rodzicom i rodzinie było. Po tylu latach wiele zostało zapomniane, i wiele zniszczone. Tato żył 72 lata, a Mama zmarła mając 90 lat. Kilka dni przed śmiercią mówiła tylko o Bośni. A droga przy moim domu według niej, to droga do Czeleszany. A w niedzielę rano w szpitalu powiedziała mi :- Wero, ja już mogę tylko leżeć, bo całe życie przechodziłam. Nie leżałam. W poniedziałek o 18 siedziałam przy altance w moim ogrodzie. W pobliżu usiadła cukrówka, i trzy razy cukru cukru cukru zagruchała. Coś we mnie aż podskoczyło, i powiedziałam : - Mamo, wreszcie jesteś wolna. Twoje życie było słone od łez. Teraz słodycz cukru Pan Bóg niech Ci da. Za wszystko co zrobiłaś dobrego dla nas i dla innych ludzi. Cukrówka usiadła tuż nad moją głową. Spojrzałam na nią, była spokojna. Oczy niebieskie i piórka siwe na niej, takie jak włosy na głowie mojej mamy. Powiedziałam:- Z Bogiem Mamo. Leć tam gdzie serce twoje zawsze tęskniło. To na Ciebie tam czeka. Cukrówka wzbiła się w górę, i w koło, w koło aż znikła w górze. Nagle w domu usłyszałam telefon. Mietek odebrał i z kimś rozmawiał. Otworzył okno i do mnie zawołał: - Wera, gdzie jesteś ? Kryśka dzwoni. Powiedziałam do Mietka: - Ja wiem że Mama umarła. - Co mówisz ?- Wiem że umarła mama. -A skąd wiesz ?- Bo tu była przed chwilą. I wtedy powiedziałam sama do siebie: - Boże, tylko teraz nie zamykaj te dwa ptaki w jednej klatce. Wystarczy że tu były razem. Koniec. Nowa historia z dawnego życia 3 Leusza to zmielona drobno kukurydza, i przesiana by nie było grubej kaszy i zawsze bierze dwa garnuszki i zalewa gotującą wodą, no i stoi aż woda zniknie. Dodaje dwa jajka, smażoną cebulę, pieprz ziołowy, i paprykę, i mięsa wędzonego drobno pokrojone. I miesza, no i na brytfankę to, i do pieca razem z chlebem. Jak się upiecze to kroi na kwadraty i polewa masłem solonym, z kwaśnym mlekiem. Mama piecze też taki placek z kartofli tartych i dodaje to samo, jak do kukurydzianej Leuszy. Polewa też masłem, albo śmietaną wysmażoną. Przeczytałam i przepisałam kilka kartek z pozostałości mojego pamiętnika. I wiele też sobie przypominam z tamtego czasu, gdybyśmy byli prawie wszyscy w rodzinnym domu. Moja babcia Rozala, taty mama umiała leczyć ludzi ziołami. Suszone zioła, to na herbaty, a zielone świeże tłukła w małym moździeżu z kamienia. I dodawała gęsi smalec, albo łój z krowy i robiła różne mazidła, na liszaje i chrosty, i na oparzenia. Mamie na bolące nogi też robi maść i to pomaga. Babcia Rozala umi wypalać uszy. Robi rurki z wosku i lnianego płótna na wrzecionie, i wsadza do bolącego ucha, no i wypala. To pomaga ludziom też gdy też słabo słyszą. Spala różę, to robi tak: Bierzę pakuły lniane, które ma poświęcone na gromnicy i robi dziewięć malutkich kulek. Czerwone piekące miejsce przykrywa lnianym płótnem i kładzie po trzy kulki razem na to płótno. Modli się do Matki Boskiej która stoi na stoliku, i podpala te kulki. Jak to była róża, to te spalone kulki z dymem lecą aż pod sufit pokoju. I pomaga to, bo mi pomogło. - Babciu, skąd wy wiecie że to róża ?- Tyle w Jugosławii spaliłam róż, że tylko spojrzę to to Babciu tą książeczkę z ziołami, co tu leży na A czy ja wiem skąd ? Przyśnił mi się sen, że muszę wstać i wziąć z progu domutą książkę, i leczyć ludzi. No to wstałam, otworzyłam drzwi i tam była. Umiałam czytać po polsku, to czytałam. Popatrz Werciu, tu są modlitwy i przepisy z ziół, ile trzeba łyżek czego wziąć i wymieszać razem. Albo utrzeć w kamieniu na gładką maść. To tak robiłam i robię. Bo to muszę robić dla naszych ludzi, tak jak tam w tej Jugosławii. Bo ludzie biedni i do lekarzy za co pójdą ? - Kto Babci mógł tą książeczkę dać ?- Kto ? Myślę że to Pan Bóg mi dał. Byłam wtedy bardzo smutna, nie wiedziałam jak żyć. Modliłam się do Pana Boga by mi pomógł, bo dzieci miałam i to jeszcze drobne. Pieter miał osiemnaście, a Józefka siedemnaście, a dziewiąte było w brzuchu. - A jak umarł Franek mój ?- Na tyfus morski. - Babciu morski tyfus ? Bośnia daleko od morza. - A skąd to wiesz ?- Mamy w szkole mapy świata, to wiem że w Jugosławii są duże rzeki, Dunaj i Sawa, Werbas. A morze daleko od Bośni. - Mój Franek jeździł do Ameryki dolary zarabiać. Nie umiał i nie chciał tu w polu robić. - Babciu, tato mówił że chciał też wyjechać z Bośni do Francji. Ale musiał dostać i robić na rodzeństwo, bo wyście ich zostawili z Babcią Ryśką. No i wyjechaliści do Baczki z Winkiem. Babcia pogłaskała mnie po głowie i powiedziała: - Oj wnuczko moja, to było dla mnie wielkim bólem. I wiele łez wylanych, bo miało być dobrze, a wyszło inaczej. Moje dzieci do śmierci mi tego nie wybaczą. A szczególnie Pieter. Wiem o tym i to mnie boli bardzo, ale tak mi los był pisny. Modlę się do Boga, by zmękł im serca i mi przebaczyły. - A ta Matka Boska to jeszcze z kościoła z Milowaca jest ?- Tak z Milowaca. To miała być tu w kościele, ale bukowińce zajęły kościół w Parowiei nie było dla figurki miejsca. Oni swoje poustawiały, a my z Milowaca zostali odrzuceni na bok. To co można było zrobić ? Stoi u mnie. - A dlaczego nie na krzyżówce koło Chrzana ?- Tam postawili centralacy swoją figurkę. Jakby kosciół wybudowali to może by była tam ta z Milowaca. A może nie, bo centralaków jest mniej, ale mają poparcie władz Werciu. Oni tu są górą. - My wiemy. - Pieter na stacji protestował, chciał wieś gdzie jest kościół. - I co ?- Dostał parę pał i dali to Milowacom. Jak za karę bo my chcieli do swoich do Leżańska z mamą jechać. - Babciu szkoda że Prababcia Skrzypek nie widziała swoich stron a była w Polsce. - I to też wola Boga. Urodziła się na wschodzie Polski, a umarła na zachodzie. - Mogła wyjechać do Ameryki. Tato tak mówił, że tam są Babciu wasze siostry. - Mogła, ale chciała do Polski i tu dom wzięła taki drewniany jak tam na wschodzie nie wasze było tylko Prababci Winko, by w Czechach dostał swoje bo on Czech, a tu brali mama. Nic z tego nie rozumię, i nie pytam więcej. Bo i po co mi to ? I zapisałam to tak jak umiałam. Wiosną gdy krowy pasłam za lasem, często rozmawiałam z dziadkiem Juzefem. To jest stryj mojego taty, ale nie spotykają się razem. Tato zły na stryja za dolary, które dał stryjowi za spłatę domu w Milowacu. Ale taka była wola ojca Franciszka, by spłacić braci z tej gospodarki i domu, w którym mieszkała jego rodzina. Ale to było po ich Tato skoro taka była wola umierającego, to o co jesteście źli na stryja ? - No bo nas zostało dużo dzieci, a stryj nie miał dzieci. To powinien zrzec się tej spłaty. A on się upomniał zaraz po pogrzebie, by mu to co jego dać, bo mu to się należy. Ja wiem że on z wami rozmawia i wypytuje o mnie, ale Ja nie chcę go znać. To takie dziwne i nie rozumię taty, litość miał do obcych a rodziny nie lubi. A ja i tak będę ukradkiem zabierać plaszcz z miodem do słoika i nosić dziadkowi, oni mnie lubią a ja ich. To jedyny brat mojego dziadka Franciszka, i tyle mi mówi o Bośni i o dziadku Franciszku. Bo mój dziadek Franciszek do Ameryki aż trzy razy wyjeżdzał, do roboty by się dorobić i wychować dzieci. Umarł i nie widział ostatniego syna bo był w brzuchu u babci Rozali. Taka to historia ich życia w tej Bośni, ciężka i smutna. Na obcej ziemi, nie byli tam szczęśliwi. Do Polski chcieli wrócić, do tej o której śpiewali piosenki. - A jaką pamiętacie dziadku Józefie piosenkę polską, którą tam żeście śpiewali ?- Ja nie śpiewałem, ale Ewa moja to śpiewała i to nieraz. ,,Na podolu biały kamień, podolanka siedzi na nim''.- Dziadku, moja mama też to Tak wiem, Hania ma ładny głos. Nieraz słyszałem w kościele jak śpiewa kolędy po polsku, albo na majówce pod krzyżem. - A dziadku Józefie, tam w Bośni wolno było śpiewać po polsku ?- Jak nie było ich postu to cicho byli Serby i Bośniaki. - A Bośniaki też mają post ?- O żebyś wiedziała Werciu jaki ścisły ten ich post. Z resztą oni nie jedzą wieprzowiny w ogóle, tylko baraninę. A Serby jedzą wszystko, tak jak my. Tylko ich święta nie są z naszymi razem. Oni mają później o kilka dni, a nawet tygodni. I wtedy jest kłopot, bo Polacy szły i zawsze śpiewały kolędy. A echo po górach niosło śpiew, no i dlatego Serby zabroniły. Tylko w domu albo w kościele było wolno śpiewać. - A takie inne latem piosenki wolno było tam śpiewać ?- No pewnie, dziewczyny siadały i śpiewały polskie i serbskie. Tańczyły koło aż spódnice Tak i tato mówił, i zapisałam to już. - A po co ty piszesz Werciu, i co ?- Dziadku Józefie, piszę bo może kiedyś będę mogła to sobie przeczytać i wspomnąć, kto co mówił o tej Jugosławii. - Aha, to i mnie opiszesz w tym zeszycie ? - Tak dziadku. Opiszę wszystko co powiesz o Jugosławii, bo już mam napisane dużo. - A tato nie jest zły, że zeszysty są potrzebne do szkoły, a ty piszesz ?- Tato nie, to mama jest zła i krzyczy. - Ja pamiętam jak mój tato pisał listy do Misji z Bośni, ale nie dostawał odpowiedzi z Polski. Mama moja też była zła na niego że piszę. - A co pradziadek na to mówił ?- Że muszą wiedzieć w Polsce ludzie co robią i jak żyją tu Polacy. - Dziadku, mój tato też tak mówił nieraz o swoim dziadku. - Czy Pieter go pamięta ? Był nieduży gdy mój ojciec umarł. - To skąd wie tato że jego dziadek Walenty sam zrobił sobie krzyż z kamienia ?- No to prawdę mówi Pieter, bo tak było. Tato mój zrobił sobie nawet No to tato nie kłame, mówił że suszone owoce stały w tej trumnie na strychu, i orzechy. - I to prawda Werciu, mama tam trzymała te orzechy. - A daleko dziadku to miasto Jajce, co chodziły Polacy na odpusty ?- No było daleko, ale trzeba było tam iść i pomodlić się by zdrowym być. - A stryj Celestyn mówił kiedyś że ciotka Józefka tam była, by uwolnić się od strachu. - To ja ją tam zawiozłem wozem, bo nie mogła spać. Ciągle się zrywała i mówiła że turek jest w domu, a nikogo nie było. Pomogło jej i nie chciała wracać na Milowac, została na służbie u Niemców. A po wojnie nie wyjechała z nami do Polski, została gdzieś w Zagrebie. Tyle o Józefce wiem. - A pamiętacie dziadku co gotowała wasza mama w Bośni ?- Oj to dużo opowiadać by trzeba było. - No to może chociaż to co żeście lubieli wy jeść. - Tam było dużo fasoli i do tego wody z kapusty kiszonej, by było trochę kwaśne. Cebulę i paprykę smażoną, i to razem wymieszali z oliwą. I to lubiłem jest z A co to poleta ? - To pura z kukurydzy. - Aha. - Werciu idź do domu, bo już ciemno się robi. - A babcia gdzie tak długo dziś jest ?- Ona pojechała do Raciborowic, tam ma rodzinę. - To idę. Jeszcze przyjdę do was. - Przyjdź Werciu. - Z Bogiem Dziadku. - Z Bogiem . Lubię chodzić do Dziadka Józefa, chociaż tato nie pozwala. To go okłamuję że byłam u Łucji, albo u Chrzana. No i tak mi się to udaje, że nie ma tato za co krzyczeć. Ale mama wie że ja tam chodzę już dośc długo. Nieraz daje miodu, albo syropu na kaszel, a jak pieczemy pitę to też zanoszę, bo Babcia nie lubi piec pity. Mama mówi że Dziadek Józef jej pomagał w Bośni jak tato był w wojsku, bo nie mają dzieci. - A dziadek Józef mamo mówił mi, że musiał iść na bagna szukać korzenia nieśmiertelnika dla Ciebie, bo byliście bardzo chorzy. - To jest prawda. Stało się to wtedy, gdy nasza pierworodna córka Michala umarła. To ja ją trzymałam na ręcach i całowałam, i ten ostatni dech mnie owiał. I też bym umarła. - Czy to możliwe mamo ? - Ta było. Wszyscy tak mówili, nawet serbki nasze sąsiadki powiedziały do Dziadka Józefa że musi pojechać tam za górę i na bagnach znaleść tą trawę, i korzeń gotowany mam pić. I to pomogło mi, jestem tu. - To Tato powinien być wdzięczny swojemu stryjkowi że to zrobił jak jego nie było. - Daj spokój, i nawet nie pisz o tym, bo jak przeczyta to będzie się darł że tam chodzić, a ja ci pozwalam. - Dobrze Mamo. Schowam to by nie znalazł tato. I teraz wiem dlaczego Mama lubi Dziadka Józefa, i co nieco daje mi by im zanieść. Nowa historia z dawnego życia 2 Nasza pitaCztery garści mąki pszennejJedna garść cukruJedna miseczka seraDwa jajka do sera i dwa do śmietanyJabłka starkowane na tarceŁyżeczka soli do ciastaSmalec do gorącej wody- Mamo, czy to wystarczy na trzy pity?- Tyle razy Ci pokazuje, ile trzeba, a Ty ciągle pytasz czy wystarczy i po co to piszesz? Rób to ciasto, jak Ci mówię. Rozgarnęłam na środku mąkę i z garnuszka po trochę leję wodę ze solą i smalcem, no i mieszam łyżką, jak ciasto jest lepkie, to czas teraz wyrabiać rękoma, aż będzie gładkie. No i już jest dobre, podziel je na trzy części, na boku zostaw dwie, a to jedno podziel znów na trzy i uważaj, żeby były równe te części. Te dwie odstaw, a to wałkuj na równo i cienko, weź placek na omączone dłonie i powoli nim obracaj. Już jest dobre, jeszcze same krawędzie rozciągnij palcami na Mamo, teraz dobrze jest?- Tak, teraz daj ser na środek placka i rozłóż równiutko, a starkowane jabłka daj na ser i czubatą łyżkę cukru posyp równo, by było słodkie. Teraz załóż na jabłka tą stronę placka, co jest za stolnicą, no i masz zakryte. Powoli z obu stron posuń placek do środka, by się nie zmarszczył i kładź na brytfankę wysmarowaną smalcem. No i tak zrób do końca, patrz by wszystko było jednakowe i słodkie, a ja idę rozpalić w piecu trochę. I tak pierwszy raz sama robię pitę, oby mi się udała taka jak mama robiła. Ona mnie pocieszyła, że fajnie wyglądają te moje pity, bo są równe, pomarszczone i upieczone na rumiano. Polałam osłodzoną i wymieszaną z jajkami śmietaną i dałam do pieca na wysmażenie. Są takie, jakie mama zawsze robiła, czyli miękkie, soczyste, słodkie, no i smaczne. Teraz ja już umiem robić sama pitę, a skąd mama się nauczyła i kto jej to pokazał muszę ją o to Mamo, a kto was nauczył piec i robić pitę?- Byłam u Chorwatki na służbie i to ona pokazała mi, jak ją robić, a byłam wtedy młodsza od Ciebie o A wie mama, czego się najbardziej bałam, jak robiłam te pity?- Czego?- Że porobię dziury w cieście i, że rozerwie mi się, jak będę kłaść na No to obie miałyśmy jednakowe strachy, bo ja też się tego bałam. A to Chorwatka była złośliwa i nie raz od niej dostałam A miała ona swoje dzieci, mamo?- Miała, ale na szkołach w Niemczech były. Jej chłop to Niemiec był, mieli duże gospodarstwo i buchaja trzymali. No i urwał się i go zabudł na śmierć, i została sama. Miała jeszcze starsze kobiety do roboty, które robiły za pieniądze, a ja byłam pilnować gęsi, ale i tak musiałem robić inne roboty w kuchni, myć, zamiatać, skrobać kartofle i słuchać co mówi. Te kobiety szły do domu, a ja byłam tam cały czas cztery A babcia Ewa przychodziła do was, mamo?- Tylko po mąkę, kartofle i się napić, ale nie bywała często, bo ta Chorwatka nie lubiła A nie chcieliście mamo do domu wracać?- Chciałam, ale po co? - A wasi bracia też byli na służbie?- Tak, Wojtka zaprowadziła aż na Werbas. Nie przychodził do domu, nawet na święta i tam się ożenił. Mama brała tylko to, co uzgodniła z tymi ludźmi. Adam też gdzieś był i wrócił do domu. Robił z tatą po ludziach i nie chciał nigdzie więcej być. Miałam siostrę, to ona tylko w domu była, mama ją bardzo To tak, jak tato Kryśkę lubi, wszędzie z nią jeździ. Może nawet jutro na wesele ją weźmie, ona będzie pilnować koni, a on będzie pił. Byłam z Kryśką w kościele, tato jechał na przodzie wesela z muzykantami, dzwonki dzwoniły na koniach tak głośno, że słychać je było daleko, a jak nas mijał wóz, to pomyślałam o weselu mamy. Chyba te dzwonki było słychać daleko po górach, jak ją wiezły na wozie do Milowca z Bakińców na ślub z tatą. A z babcią Ewą nie udało mi się pogadać. Po spotkaniu pierwszy raz z babcią Ewą pomyślałam, że jest podobna do mamy, ale nie lubię pijanych ludzi. Powiedziała do mnie, że jestem jak Hania. Czy jestem podobna do mamy? Babcia pije, bo takie miała życie okropne. Mama nie pije, ale nie widać w oczach radości i też tak jak ona ma okropne życie. A co mnie spotka mój pamiętniku, czy los da mi to, co będę chcieć? Dziś po latach przepisując ze skrawków pozostałych z mojego pamiętnika wróciły do mnie wspomnienia z tamtego okresu mego życia. Do dziś pamiętam to jedzenie z domu, jakie było inne niż teraz jest, ale lubię powracać do tamtych czasów. Zupa, którą uwielbiał mój tato, to zupa z Milowca. Jego babcia taką gotowała z surowych babci RyśkiKilka surowych grzybów podsmażyć na patelni z cebuląKartofle na zupę ugotować z ciastem rwanym palcamiDodać grzyby i śmietanęPosolić i dodać mielonej papryki- Tato, czy tam w lasach były grzyby takie, jak tu?- Były, ale lasy należały do kogoś, a nikt nie lubi, by mu chodzić po jego. A państwowe były daleko od No i już wiem. Grzybów mało, ludzi dużo, to dlatego taka zupa, ale serMiska sera i soli tyle, aby było słoneDobrze wymieszać i ubić w glinianym garczku rękąPrzykryć zwilżoną, lnianą szmatką w osolonej serwatcePrzygnieść deseczką i kamieniemI robić tak, aż garnek będzie pełnyNa koniec zalać osoloną serwatką i odstawić do piwnicy Z tego sera mama robi nam pierogi z kartoflami, kluski i z sera i kartofliSer kiszonyKartofle tarkowane na grubych oczkach Pieprz ziołowy i paprykaCebula smażona na smalcuCiasto, jak na pitęTarkowane kartofle nie solić, ale odcisnąć nadmiar sokuDodać rozbełtane jajko i rozłożyć na cieniutki placekPosypać kwaśnym serem, pieprzem i paprykąPolać cebulą ze smalcem Zmarszczyć ciasto z nadzieniem i do piecaPiec, aż będzie rumianeGorące ciasto cieniutko posmarować śmietaną W zimie nie było śmietany, to mama przyniosła z piwnicy solony dziudziek z mleka i tym pitę smarowała po wierzchu, ale wtedy nie soliła ciasta na dziudziekMleko ugotować i odstawić do wystygnięcia, aż na mleku zasuszy się dziudziek Nożem od kraju garczka podwinąć dziudziek do góryPosolić troszkę i tak zwijać aż do końcaWyjąć dziudziek łyżką z dziurkami na talerz, wyrównać go i dobrze posolićUkładać tak go codziennie w garczku, aż się napełniKiedy garnek będzie pełny polać stopionym, solonym masłem Przykryć zwilżoną w przegotowanej, słonej wodzie szmatkąPrzycisnąć wszystko deseczką i przygnieść kamieniem Takim rarytasem w zimie, kiedy nie ma mleka i śmietany, mama tym okrusza barszcz biały, pitę z kartofli i gotowaną kaszę kukurydzianą. Jest słone, ale smaczne. Mama nauczyła się to robić u Chorwatki, gdzie była na służbie przez cztery lata. Jest nas dużo w domu, to i dużo zapasów robimy. Czyli suszone jabłka i gruszki na zupę owocową z kluskami. Kisimy siekaną kapustę razem z jabłkami i papryką lutką. Też kisimy główki kapusty na gołąbki, ale te są zalewane osoloną wodą. - Mamo, ile trzeba soli do tej wody dać, by nie zepsuła się kapusta?- Na sto kilo kapusty trzeba dwa kilo soli i do siekanej też tyle samo. Do beczki z główkami wchodzi trzy wiadra wody, to te dwa kilo trzeba rozpuścić w tej wodzie i zalać kapustę. No i też przycisnąć deskami i A tam w Bośni to też kapusta rosła?- No pewnie, były duże głowy, to trzeba było poprzecinać na połowę, by sól doszła do środka. Jak gotowałam groch z kapustą, to wyjęłam połówkę i duże liście zostawiłam na beczce na gołąbki, a resztę kroiłam na To nie szatkowałyście kapusty?- A czym? Nie było skąd tego wziąć, a Serby tylko całe główki A Bośniaki?- Bośniaki to zamknięci w sobie ludzie. Tam Polacy nie chodzili i oni nas omijali z daleka. Ich wiara zabraniała do katolików się zbliżać. Jest zimna jesień i pada deszcz. Byłam w szkole, ale pani kazała mi iść do domu, bo miałam gorączkę. Wczoraj siulki kukurydzy żeśmy obrywali i zmarzłam w nogi. Coś mnie chrapi w piersiach i mam kaszel, oby to nie był koklusz. Już raz byłam na to chora i mało żem się nie udusiła. Mama mi posmarowała piersi i plecy smalcem gęsim i położyła mokry papier z rakiji, który miał mnie rozgrzać. Wypiłam też łyżkę syropu ze świerka, mama robi go sama. Na wiosnę chłopaki nazrywały ze świerka młodziutkich czubeczków i stało to z miodem długo na oknie, aż się zrobił syrop. Dodała rakiji, by się nie popsuło i przecedzone przez lniane płótno stoi w piwnicy w butelkach. Jest dobre i pomaga na kaszel. - A co mamo dawaliście chorym dzieciom w Jugosławii, jak miały kaszel?- Taki sam syrop robiłam i też z malin herbatę gotowałam. A tutaj malin nie Są maliny za Kowalczykiem mamo, byliśmy tam na jagodach. Nasz Szczepan tam żywicę zbiera. - Maliny w sosnowym lesie nie rosną Wero, to chyba Tam jest spalona leśniczówka i nikt tam nie chodzi, bo tam dziewczyna straszy Jaka dziewczyna, co ty wymyślasz?- Straszy mamo, w południe chodzi drogą i płacze, jest tam droga obsadzona A może ona jest żywa i nikt jej nie pyta kim jest?- To duch jest. Swak Prokopowicz zrywał tam maliny i ona się zjawiła tam blisko niego. Kiedy zobaczył jej twarz i puste oczy, to mróz go przeleciał i gęsiej skórki dostał. Później tak szybko rowerem jechał, że pomylił drogi i wyjechał koło Marka No to jak tak mówisz, to musi być duch, skoro Kazimierza wystraszył. Może przyjdą na peruszanie kukurydzy, to się spytacie Swaka, jak to było. Obyś szybko wyzdrowiała, bo zagadasz wszystkich tymi pytaniami. I po co piszesz te swoje bazgroły? Pani powiedziała, że robisz straszne błędy w zeszycie z polskiego, bo przekręcasz wyrazy i nie piszesz tak ładnie, jak inne dziewczynki. - A pani powiedziała, że muszę dużo pisać, by się poprawić. - Nie mówiła i chyba nawet nie wie, że Ty piszesz ten swój pamiętnik i braknie w nim kartek Wie i dała mi ołówek kopiowy, by to co napiszę prędko nie znikło. - Ale nie czytała tego, co piszesz o nas i o Jugosławii. - Nie, bo to mój Tato pojechał z Krysią do Weglińca z jabłkami i miodem od kolejarza kupić motor do To nie będziemy mamo chodzić do Madziarza mielić Nie, tato nam namieli, a ja upiekę luszę na niedzielę. Nowa historia z dawnego życia 1 „Życie pełne wspomnień” Nadszedł czas wspomnień, miałam to tylko zostawić na pamiątkę o przeszłym życiu rodziców dla moich dzieci i wnucząt. Jednak Ula coś takiego mi powiedziała w Bolesławicach na feście bałkańskiej, że znów zaczęłam przeglądać swoje zapiski z lat dziecięcych. No i zdecydowałam się na pokazanie tego światu. Moja mama urodziła się we wsi Bakińce, która była położona kilka kilometrów od Milowaca. Tato mamy nazywał się Szymek Cieśla, który naprawdę był cieślą i zajmował się stawianiem drewnianych Mamo, czy te domy były ciepłe? - No, to tyko belki były postawione na wegłach, a resztę gliną ze słomą się Co?! To nie murowali z cegły te domy?- To się deptało glinę nogami, a w dole lało wodę i dawało ciętą słomę, no i Czy wy też tak tą swoją kucię lepili mamo?- A co ty myślisz, że od czego mnie teraz nogi bolą? Była jesień, a ja deptałam glinę w dole, nogi całe oblepione do kolan i takie ociężałe, ale co miałam robić, chciałam mieć swoją kucię, by nie słuchać babci Pietra. - A gdzie był tato?- Ledwie my wzięli ślub, a Pieter kupił pole od Serba na Jurkowicy. No i zaraz dostał wezwanie do wojska, aż do Beogradu . To ja i mój tato dom stawiali, by mieć gdzie żyć przez zimę. Jak to ludzie mówią, dostałam się z deszczu pod A długo tato był we wojsku? - Wrócił na gotowe, pole wykarczowane i dom postawiony. Tylko córki nie widział, bo umarła .- Dlaczego mamo?- Krowa się goniła i mnie Nie było nikogo, co by wam pomagał?- A kto? Każdemu było tam ciężko, brak pieniędzy by płacić, a wasza mama Ewa nie chciała pomagać. Moja mama też miała życie okropne od dziecka , bo jej ojciec zginął na wycinaniu lasu u Turka, mama umarła po porodzie, a babcia żyła z ojczymem, no i wychowywali moją mamę Ewę sami. Kiedy płakała, to dawali jej pić wina słodkiego, by nie płakała, no i nauczyli ją pić. Nie chciała jeść, dopóki nie dostała trochę wina i do dziś tak pije, jest całe życie więcej piana niż trzeźwa. - No to nieszczęśliwe życie mieli twoi rodzice, A kto był w tamtych czasach był szczęśliwy? Żyło się aby A skąd do Bośni przyjechali?- Moi pradziadkowie przyszli z Litwy, a taty dziadek z rodziną przyszedł z Mamo, to ja mam pokręcone O czym ty mówisz Wero? Jesteś Mamo, wasza rodzina z Litwy i Białorusi, a taty z Ukrainy i Leżańska, no to jak nie pokręcone to pochodzenie?- Tylko wszyscy razem to Polacy, bo znali język polski. To i ty jesteś Polką, no i koniec, nie pyskuj więcej, bo mnie wkurzasz No i tak wiem, że my nie Jugole, tylko Polacy, którzy przeszli sporo drogi, by wrócić tu do ziem odzyskanych. Mój czas jak zegarek ciągle się zmienia, dziś moja mama powiedziała, że muszę się nauczyć robić pitę taką dobrą, by pochwalić mogła mnie jutro, bo przyjedzie babcia Ewa z Borówek. - Mamo, z kim babcia tu przyjedzie ?- Ciotka Weronika ze Swakiem wozem przyjadą do babci Rozalii, to ją Mamo zostanie na trochę dłużej ?- Nie, po co? Pieter jej nie A kogo tato lubi, mamo? - Tato żyje w swoim świecie i cięgle mówi jak tam było w tej Bośni, tu nic go nie cieszy ani nie obchodzi. Jutro będzie babcia Ewa, a tato jedzie wesele wieźć, no i co go obchodzi babcia? Lepiej, że go nie będzie, to bynajmniej pogadamy spokojnie i dowiem się jak żyją i co kupili za pieniądze, za ziemię, co ją sprzedali Mamo, Anek ma motor?- Ma, ma, a pieniądze pójdą prędko, bo nigdy ich moja mama nie mogła mieć i znów bieda, a ziemia by coś zawsze urodziła. - Antek pracuje to dobrze będzie im, mamo. A kiedy robimy tą pitę?- Najpierw chleb upieczemy, potem pita. - Mamo, może ja to ciasto na chleb wymieszę?- Dobrze, A tato mówił mamie, jak nogami ciasto mieszałam, jak byliście w szpitalu i nam się udał. Był Jak to nogami, nie było komu to robić rękoma?- Nikogo mamo nie było, a tatowi oblepiały się ręce ciastem i go skubało, bo miał kłaki duże na Nie wiedziałem o tym ile wyśta wycierpieli, gdy ja tam leżałam. - Ale jesteście zdrowi mamo, a ja musiałam to robić, bo nie było nikogo To tak, jak ja na Bakińcach. Od małego szłam gęsi paść za jedzenie, bo nie było co jeść. O boże, ile ja się narobiłam po ludziach! Latem w polu kopać, a w zimę pióra skubać i wełnę prząść. Ciągle myślałam, że kiedyś się wydostanę do lepszego życia. A niech to pierun strzeli! Nic nie było tak jak myślałam, nawet nie wyszłam za tego, co go kochałam. Zapowiedzi wyszły, zostały tylko łzy i Dlaczego, mamo?- Wszystko przez moją mamę. Nie zgodziła się na ślub bez zapisu ziemi, a Władka ojciec powiedział, że po jego śmierci się podzielą ziemią jego syny. - To wy, mamo z No tak jakoś wyszło. W kościele w Milowcu wyszły moje zapowiedzi i w tym samym czasie też Pietra z dziewczyną zza Sawy. Ani mojego, ani Pietra nie było ślubu! A moja matka gdzies Pietra spotkała w kawanie i się dogadali za moimi plecami. - Jak to mamo, to wy go nie znali?- Widywałam go w kościele w Milowcu, bo w Bakińce go nie A to historia, muszę to zapisać. - A pisz co chcesz, ale szkoda papieru i atramentu, bo tego nikt więcej oprócz Ciebie czytał nie będzie. - Mamo, może to napiszę i będę mieć na starość co czytać. - A czy papier tyle wytrzyma, nie zbutwieje Wero?- No nie wiem, ale słyszałam w szkole, że są stare księgi pisane dawno i mają nawet pięćset lat a to ni wytrzyma nawet pięćdziesiąt lat. Tylko czy ja tyle dożyję?- Ciasto z brytfanek już wyłazi, czas do pieca nieść. No i w ten sposób dowiedziałam się trochę o życiu mamy, ale teraz czas coś robić, bo jutro jest niedziela. Może popytam babcię Ewę co tam oni pamiętają z tej Bośni, bo to takie Chleb w piecu, no to przynieś te papierówki, cośta wczoraj natelepały po drodze u Brzuszka. Chyba wszystkie żeśta nie zjadły!?- Mówiła mama o picie, to my zostawiły. Są na sianie w Tato mówił, że Brzuszek był zły, bo jechał pod gałęziami i oberwaliśta mu jabłka. - Mamo, papierówka rośnie w samym płocie, a gałęzie są nad drogą, to czy wszystkie jabłka są Brzuszka?- Ale tyle was było na wozie, to jabłka wszystkie żeśta Mamo, one same obleciały na siano. Papierówki już obrane, mąka przesiana, smalec na patelni roztopiony, woda ciepła, no i sól, a ser rozgnieciony w misce z jajkami i śmietaną. Czy to już wszystko?- A cukier gdzie masz? Tyle to za mało, na trzy pity trzeba z pół kilo Nie ma Pozbieraj jajka i leć do sklepu, sprzedasz i kupisz cukier oraz kawę Mamo, a jak dobrzynki nie będzie to co wziąć?- No to może turek będzie?- A może babcia lubi prawdziwą, mamo?- Ona lubi tylko wino i to A wino mamy w piwnicy z jeżyn, schowałam za słoiki, więc chyba chłopaki nie A co pili wczoraj za stodołą, jak siano zwalali, Wero? To Twoje Krysia im wyniosła po cichu, bo wiedziała, że tam jest i dlatego oni byli tacy Ale Ty nie musiałaś tam być, Szczepan i Franio szybko A ja krowy Idź sprzedaj te jajka, jak Ci to wystarczy to kup jeszcze najtańsze wino, miodu dodam i będzie słodkie, tylko żeby tato nie widział, bo będzie się znów darł na mnie. I takie to takie życie w tym domu, trzeba robić i milczeć, a tato nic nie robi, bo nie ma sił, ale krzyczy i przeklina po serbsku, że słuchać nie można. Książka Moja babcia gra na trąbie autorstwa Chotomska Wanda, dostępna w Sklepie EMPIK.COM w cenie . Przeczytaj recenzję Moja babcia gra na trąbie. Zamów dostawę do dowolnego salonu i zapłać przy odbiorze! Beata Kozidrak zaskakuje nie tylko znakomitą figurą, ale również niesłabnącą energią i szalonymi pomysłami. Dowód? Piosenkarka zamieściła ostatnio na Facebooku zespołu Bajm swoje zdjęcie na motorze.„Mamy środek wakacji, a ja jadę na Mazury” – fanów zwrócił nie tylko pojazd, na którym porusza się Beata, ale również jej zabójczo zgrabne nogi. I pomyśleć, że Kozidrak jest już babcią…Beata Kozidrak na motorze

Nowy odcinek 🥰 Historyjka TOCA LIFE WORLD o babci, która wróciła z wycieczki i podejrzewa, że jest w ciąży 😱Zostaw łapkę w górę jeśli lubisz historyjki TOC

WDR, wie erbärmlich ist das denn? — Mario (@marioderheide) December 27, 2019 Obraźliwa piosenka opisywała babcię, która nie prowadzi „ekologicznego” trybu życia. Motywem przewodnim tekstu było zdanie: „Moja babcia to stara świnia ekologiczna”. Moja babcia jeździ motocyklem w kurniku. To tysiąc litrów benzyny każdego miesiąca. Moja babcia jest starą świnią ekologiczną. Moja babcia jeździ SUV-em do lekarza i przejeżdża dwie babcie z chodzikiem — śpiewały dzieci. Moja babcia codziennie smaży kotlety z mięsa z dyskontu, które nie kosztuje prawie nic. Moja babcia to stara świnia ekologiczna — głosiła dalsza część tekstu Piosenka kończyła się powtórzeniem słów Grety Thunberg: Nie darujemy ci tego. Tak właśnie prowadzona jest indoktrynacja dzieci. Nie liczy się już szacunek wobec starszych. Najważniejsza ma być – rozumiana opacznie – ochrona środowiska… prze człowiekiem. Info
Po dwóch tygodniach leczenia, babcia stwierdziła, że jeżeli uspokaja się, gdy ktoś jest w stajni, to znaczy, że brakuje jej towarzystwa. Postanowiła wypchać ubrania słomą, tworząc ludzika, który stał blisko krowy, na głowie miał kapelusz. Włączyła również radio, które grało w stajni całymi dniami i nocami.
Emanor stood for a couple of years in my stablein Auburn I still can't believe THE Wojsław is in my barn!!!Jest najładnieszą i najlepiej usposobioną klaczą w mojej stajni a nie mogę na niej the prettiest best-tempered horse in my whole stable. And she couldn't outrun my przychodzili do mojej stajni klienci by go zobaczyć z reguły puszczałem go luzem w clients came to my stable to see him I used to let him loose on the Siegfriedem w swojej stajni. Mój ojciec nie miał innego Siegfried in his stables. My father wouldn't have had any other 01:10:29:Już nie pamiętasz|tego dnia w moim biurze albo w pokornie do mnie w stajni wziął mój grzech i oczyścił mnie od wszelkiej came humbly to me in a stable took my sin and cleansed me from all moja skromna obsada graczy mógł żyć w twojej stajni w zamian za wydajność. Zaprawdę obiecałeś proszę live in your stable in exchange for performance. that my humble cast of players Verily you did promise mój przyjaciel w stajni pewnie chętnie wypije niusa. Wróciłeś do mojej stajni i dostałeś główną rolę w komedii back in my stable and I got you the lead in a romantic Good news.
Zobacz 1 odpowiedź na pytanie: Jeździ ktoś w stajni Pajtuński Młyn? Pytania . Wszystkie pytania; Moja Klasa (75414) Nick lub Pseudonim (80653) Problemy (885466) Od lewej Jadwiga Orzeszko, Zofia Tatarynowicz, Tomasz Siegień z Leonem Orzeszko na kolanach i Jan Orzeszko Okupację niemiecką nie wspominam źle. Mieliśmy swoje małe gospodarstwo, to mleko i mąkę mieliśmy swoją. Była norma nałożona przez Niemców, że mogliśmy miesięcznie tylko 50 kg mąki zmielić. Świń też nie wolno było bić. Do tego każdy w ogrodzie musiał mieć wykopany okop(schron), gdzie jedną stroną się wchodziło a drugą wychodziło. Niemcy przychodzili i sprawdzali czy ludzie mają wykopane okopy. Ojciec do okopu zaniósł nawet poduszki i kołdry. Nigdy jednak nikt z tego schronu nie skorzystał. Mimo zakazu mój ojciec z bratem postanowili jednak zabić naszą świnię. Nie było to takie proste, bo po ulicach chodziła non stop żandarmeria i szybko by usłyszał zabijaną świnię. Dlatego pod wieczór mnie wysłali na ulicę, żebym stała na czatach. Żandarmów było z daleka słychać, bo mieli metalowymi gwoździami podkute buty. Natomiast ojciec z bratem poszli do chlewa zabić świniaka. Nie wiedzieli jednak jak to zrobić, żeby świnia nie piszczała. Nabrali trochę do worka mąki i naciągnęli świni na głowę tak, że zaczęła się dusić tą mąką a oni dźgali ją nożem. I tak ją zabili. Potem był problem jak tą świnię sparzyć. Gotowali w kuchni wodę i po trochę ją parzyli i kroili na kawałki. To było dla nas dziwne, bo my zawsze opalaliśmy świnie. A ja przez prawie całą noc stałam na czatach na ulicy. Za drugim razem jak zabili świnię to wzięli ją na wóz i zawieźli do lasu, i tam opalili ją w lesie. Wtedy to była już po naszemu przyrządzona świnia. Opalona i oskrobana. Niestety wtedy wynikły inne problemy, bo klacz miała źrebaka i sama wróciła z lasu do stajni, żeby nakarmić go mlekiem. Myśleliśmy z matką, że Niemcy ich złapali i zabili. Polaków też Niemcy zabijali. Pamiętam, była taka pani Jadczakowa, żona sierżanta, której męża zabrali Ruscy w 1939 roku. Natomiast jej córka była u Niemców tłumaczką. Niemcy zrobili takie niby getto w Baranowiczach i tam zabrali panią Jadczakową i rozstrzelali. Nie pomogło nawet wstawiennictwo córki. Rosjanie wywozili wyższe sfery na Sybir a Niemcy rozstrzeliwali. Partyzantka w naszej okolicy była bardzo aktywna. Nas osobiście to zbytnio nie dotyczyło, bo partyzanci do miasta rzadko się zapuszczali ale ludzie na wsiach to przez partyzantów się nacierpieli. W mieście była też szubienica, gdzie wieszano publicznie ludzi. Pamiętam pewnego razu jak po mieście chodzili Niemcy i wołali, że wszyscy mają wyjść z domów, bo będzie publiczna egzekucja. Myśmy byli pełni strachu, że chcą nas zabić. Okazało się, że Niemcy na wsi złapali dwóch chłopów za pomoc partyzantom i zaprowadzili ich na szubienicę. Stał tam Niemiec w białym ubraniu, który ich powiesił. Przed egzekucją pozwolił im jeszcze powiedzieć ostatnie słowo. Jeden powiedział jestem niewinny a wszedłem do lasu, żeby zrobić miotłę z brzozowych gałązek. Drugi też mówił, że jest niewinny. Wisieli tak na szubienicy 3 dni, aż się zrobili sini. Ludzie zaczęli mówić, że wybuchnie zaraza. Wtedy Niemcy zagonili kilku chłopów, żeby ich za miastem pochowali. Pamiętam też taką sytuację, gdy szłam na pole a Niemcy z trupimi czaszkami na czapkach, czyli SS, śmieją się, wygłupiają i leżą po rowach, żeby schronić się przed słońcem. A za mną szedł taki ułomny mężczyzna. Miał może z 40 lat. Sam do siebie mówił. Bałam się go trochę i zatrzymałam się z boku aż mnie wyprzedzi i pierwszy wyjdzie na drogę. Wyprzedził mnie i jak na szosie mijał SS-manów to wziął kamienie i zaczął w nich rzucać. Wszyscy Niemcy powstawali, szybko go złapali i ręce mu wykręcili do tyłu. Zaraz też podjechało niemieckie auto, wsadzili go do niego, zawieźli do lasu i tam zastrzelili. Po co on rzucał w nich tymi kamieniami? Ja przeszłam spokojnie zaraz po nim i mi Niemcy nic nie zrobili. Najgorzej mieli na wsi ludzie, którzy mieszkali blisko torów. Raz partyzanci podłożyli bomby pod tory i wysadzili pociąg. Niemcy w odwecie zgonili ludzi mieszkających przy torach do stodoły, oblali benzyną i żywcem spalili. Zginęli wtedy niewinni ludzie. Była też wyznaczona godzina policyjna. Często były też nocne kontrole. Wchodzili do domu, a jak ktoś długo nie otwierał to wywarzali drzwi. Robili rewizję i liczyli domowników. W najgorszej sytuacji pod okupacją hitlerowską byli Żydzi. Pamiętam, że mieliśmy takiego sąsiada Żyda co się nazywał Pupko, który uczył nas niemieckiego w szkole ale później go zabito. Do naszego miasta przybyło też wielu Żydów z Łodzi i Warszawy, którzy uciekli w 1939 roku. Ich Niemcy w Lachowiczach też zabili, a myśmy po nich bardzo płakali, bo byli to wykształceni ludzie, nierzadko profesorowie. W mieście było pięć Bożnic żydowskich i wszystkie napełniły się tymi żydowskimi uchodźcami. Pewnego razu naszą ulicą szedł tłum Żydów, którzy szli na łąki i pola za miejscowością, gdzie mieli nadzieję się schronić. Jednak po pewnym czasie patrzymy a Ci Żydzi wracają z powrotem. Jeszcze byli nie ograbieni, mieli złoto i kosztowności przy sobie, ładnie poubierani. Przeczuwali, że Niemcy chcą się z nimi rozprawić, bo do napotkanych ludzi mówili weź moje dziecko. Niektórzy myśleli, że ich Niemcy gdzieś na roboty wywiozą. W Lachowiczach przed wojną było około 9 tysięcy Żydów. Założono getto dla Żydów. Getto było to kilka domów ogrodzone drutem kolczastym ale nie pod napięciem. Tam umieszczano wszystkich Żydów z miasta. Żydów z getta goniono do pracy przy budowie drogi. Była budka strażnicza przy wyjściu z getta. Żydzi tam strasznie głodowali i gdy szli do roboty to wymieniali się z polską ludnością mosiężnymi łyżkami czy prześcieradłami na jedzenie. W tej budce strażnicy obmacywali Żydów, robili im rewizje i zabierali rzeczy, które chcieli wymienić na jedzenie. Do tego budka służyła jako miejsce, gdzie Żydów bito za to, że chcieli się wymieniać. W sumie były trzy pogromy Żydów. Gdy pierwszy raz bili Żydów to Niemcy okrążyli miasto a nam Polakom powiedziano, żebyśmy w tym dniu nie szli do szkoły, bo będą bili Żydów. Natomiast za miastem były okopy i pogonili tam kilkudziesięciu Polaków, żeby je wyczyścili i pogłębili. Mój starszy brat bardzo nie chciał iść kopać to schował się przed Niemcami pod łóżkiem. Zgonili Żydów do parku, w którym Rosjanie, gdy weszli do Polski w 1939 roku postawili duży pomnik Lenina. Jednak Niemcy później łańcuchami owinęli ten pomnik, zapięli czołg i przewrócili Lenina. Podczas tego pogromu okazało się, że nie mordowali ich Niemcy. Zapytałam się pewnego Niemca czy to oni strzelają – Deutsche Soldaten? a on odpowiedział Nein – Litwini. Niemcy byli w szarych mundurach a Litwini mieli zielone. Później ustawiali Żydów w czwórki, kazali chwycić się pod ręce i tak szli pod strażą litewskich żołnierzy nad te okopy za miastem. Wtedy wszyscy zrozumieli co się szykuje. Żydzi też wtedy się zorientowali co ich czeka. Próbowali przekupić Niemców pieniędzmi. Niektórzy ze strachu wpadali w obłęd i rwali włosy. Masakry dokonano karabinami maszynowymi. Zabito około 3 tysięcy Żydów. Zginął między innymi Rabin z pięciorgiem dzieci, lekarz Zimmermana, nauczyciele i wielu innych znanych nam osobistości. Ciała wrzucono do tych pogłębionych okopów i przysypano niewielką warstwą ziemi. Na wiosnę gdy mrozy puściły te doły aż się ruszały od rozkładających się ciał. Ziemia falowała jak morze. Niemcy znowu zgonili Polaków, żeby nasypać więcej ziemi na mogiły, bo bali się epidemii. (pierwszy pogrom Żydów był 28 października 1941 roku). Następny pogrom był w lecie 1942 roku. Gdy zbliżała się druga masakra to Żydzi sami podpalili domy w getcie i zaczęli powstanie. Wiał mocny wiatr i padał deszcz. Płonące duże kawałki domów z getta leciały na okoliczne domy w tym nasz. Wieczorem jak się ściemniło Żydzi przecięli druty i może nawet z 1000 Żydów uciekło do lasu. Reszta, która nie uciekła została zabita. Wielu też spłonęło w domach. Któregoś dnia po drugim pogromie Żydów patrzymy idą lekarze – Żyd i Żydówka – niosą całą torbę biżuterii i złota. Nagle przy naszym domu, pod naszymi oknami zatrzymał ich Niemiec. Żydzi dali mu torbę złota za to, żeby ich nie zabijał. Nie wiem co się z nimi stało ale wątpię, żeby przeżyli wojnę. Był też żydowski kowal, który miał piękny nieduży domek i zawsze był uczynny dla wszystkich. To konia podkuł, to obręcze do kół od woza zrobił. Podczas pierwszego pogromu Żydów kowal zdołał się ukryć. Niestety jego żonę i córkę zabili podczas masakry. Potem jednak Niemcy szukali ukrywających się Żydów i kowala także złapali. To był straszny widok jak go prowadzili. Trzymał się płota i nie chciał iść z nimi. Bili go przy tym a on krzyczał i piszczał matka moja matka, matka moja matka a Niemcy okładali go kolbami po plecach. Do nas przychodził taki złodziej-Żyd i płakał, że mu całą rodzinę już zabili. Chciał, żeby go też już zabili. Czasami matka mu jeść dawała. Później Żyd dostał się do getta i mama nosiła mu trochę mąki wieczorami. Podawała mu ją pod drutami. Ostatni trzeci pogrom był w 1943 i w tym czasie też zlikwidowano getto. Adam Od góry od lewej: Kazimierz Tatarynowicz, Tomasz Siegień, Jan Orzeszko, Józefa Tatarynowicz (z domu Żyża), Anna Siegień, Jadwiga Orzeszko, Zofia Tatarynowicz, Leon Orzeszko, Danuta Tatarynowicz, Czesław Orzeszko, Władysław Orzeszko Od lewej Jadwiga Orzeszko, Zofia Tatarynowicz, Tomasz Siegień z Leonem Orzeszko na kolanach i Jan Orzeszko Brody – ślub Zofii Siegień i Kazimierza Tatarynowicza (dziadkowie pani Ani Korszun) Babcia, babcia, nasza babciawciąż po domu chodzi w kapciach.Kapcie klapią klap, klap, klapjuż o szóstej budzą nas. / 2x Poprosimy dzisiaj babcię,aby zdjęła w Emil Sajfutdinow, który pod koniec sierpnia 2013 roku uczestniczył w groźnym wypadku na „Motoarenie”, doznając kontuzji łokcia i kolana, po raz pierwszy od tego czasu wsiadł na na crossówce odbył się we wtorek w St. Petersburgu przy temperaturze minus 16 stopni Jestem bardzo zadowolony z tego treningu. Oczywiście na początku było trochę sztywno, ale później już wszystko było OK. Najważniejsze, że podczas jazdy nic mi nie dolega i mogę się świetnie bawić. Następny trening już w środę - napisał żużlowiec Unibaksu na swoim profilu na facebooku. - Przy okazji dziękuję wszystkim lekarzom i rehabilitantom za doprowadzenie mnie do pełnej sprawności w tak krótkim czasie. Bez waszego zaangażowania pewnie byłoby mi ciężej - zakończył Emil.
Tłumaczenie hasła "babcia" na włoski . nonna, nonno, vecchia to najczęstsze tłumaczenia "babcia" na włoski. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Pewna dziewczyna była prostytutką, ale nie chciała, by jej babcia o tym wiedziała. ↔ Una certa ragazza era una prostituta, ma non voleva che sua nonna lo sapesse.
Nowa Honda Jazz, znana na rynku japońskim także jako Honda Fit, została oficjalnie zaprezentowana w drugiej połowie 2019 roku w Tokio. Japoński hatchback w ciele mikrovana już od niemal 20 lat oferuje naprawdę wiele dobrego, a teraz, wraz z debiutem piątej generacji, jest tych dobrodziejstw jeszcze więcej. Główną zaletą nowej odsłony, która zasługuje na najwięcej uwagi, jest przede wszystkim oszczędny układ hybrydowy. Sprawdź: Nowa Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT - TEST, OPINIA. Udany balonik na kółkach w cenie Hondy Civic Japończycy po latach prób i błędów ponownie przysiedli do zaległej pracy domowej i odrobili ją z niezwykłą starannością. Rezultat pracy w laboratoriach wyznaczył marce nową drogę rozwoju. Udoskonalony napęd hybrydowy i-MMD (intelligent Multi-Mode Drive) szybko zawitał w gamie silnikowej popularnej na całej świecie Hondy CR-V. Nowa jednostka przyjęła się bardzo dobrze, czego zasługą są wyjątkowe osiągi oraz niskie zużycie paliwa. Idąc za ciosem japońscy inżynierowie opracowali napęd do nowej Hondy Jazz, jednak tym razem postawili na bardziej jednoznaczne oznaczenie niskoemisyjnej jednostki - e:HEV i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Prąd i benzyna to udana rodzina Podobnie jak kompaktowy SUV, miejski mikrovan jest napędzany przez układ i-MMD Hybrid, który w tak niewielkim autku pozwala poważnie obniżyć koszty eksploatacji. O czym dokładnie mówimy? Przednią oś napędza benzyniak DOHC, który samodzielnie generuje 97 KM i 131 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Drugim motorem, który odpowiada za generowanie oszczędności jest silnik elektryczny o mocy 80 kW (109 KM). Sumarycznie łączna siła systemu wynosi 109 KM i 253 Nm, co za pośrednictwem bezstopniowej przekładni automatycznej e-CVT pozwala na sprint od 0 do 100 km/h w 9,5 sekundy. Prędkość maksymalna wynosi natomiast wystarczające 175 km/h. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Spalanie? Przeżyłem ciężki szok! Jazz nigdy nie był demonem prędkości i zapewne nigdy nim nie będzie, ale domeną hybrydowego układu jest coś zupełnie innego - nieziemsko niskie spalanie. Według cyklu WLTP Honda Jazz z silnikiem i-MMD przy niskich prędkościach potrafi spalić jedynie 3,7 l/100 km, a przy bardzo wysokich 5,9 l/100 km. Po wyciągnięciu średniej otrzymujemy spalanie na poziomie 4,6 l/100 km. Jak jest w praktyce? Na własnej skórze przekonałem się, że informacje zawarte w broszurach to nie brednie. Zobacz: Nieoczywiste, japońskie hybrydy. Subaru Forester e-BOXER vs. Honda CR-V Hybrid - PORÓWNANIE, OPINIA Po siedmiu dniach spędzonych z autem w mieście i na przedmieściach Warszawy udało mi się przejechać niemal 400 kilometrów. Ku mojemu zdziwieniu, przy oddawaniu auta zbiornik paliwa wciąż wskazywał ponad połowę. Kiedy zdałem sobie sprawę, że ponad 750 kilometrów zasięgu, które wyczytałem na ekranie cyfrowych wskaźników, nie wynika wcale z dużej pojemności baku (40 litrów), przeżyłem ciężki szok. Poruszając się po zakorkowanych ulicach stolicy przez okrągły tydzień nie walczyłem o najlepszy wynik, aczkolwiek rzadko kiedy wciskałem pedał gazu do samej podłogi. Jeździłem dokładnie tak, jak na emeryta przystało - niespiesznie, często nawet poniżej ograniczenia prędkości. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Cicho, jak makiem zasiał Niskiemu spalaniu towarzyszy też grobowa cisza - jak źle by to nie zabrzmiało. Samochód do prędkości 60 km/h bardzo sporadycznie sięga po pomoc jednostki benzynowej, która podczas ładowania baterii lubi głośniej pomruczeć. Zasadniczo na krótkich odcinkach możemy odnieść wrażenie, jakbyśmy poruszali się elektrykiem, a umiejętne operowanie gazem pozwala zapomnieć, że w aucie są hamulce. To dlatego, że nowa Honda Jazz, podobnie jak nowe auta elektryczne i hybrydowe, odzyskuje energię w procesie rekuperacji po odpuszczeniu gazu. Warto jednak zaznaczyć, że w celu “aktywowania” rekuperacji należy przestawić lewarek w pozycji “B”. Wówczas kiedy zrozumiemy pracę auta, nie ma potrzeby korzystania z pedału hamulca. Kiedy opanujemy operowanie gazem do perfekcji i pozwolimy autu odzyskiwać energię przy każdej możliwej okazji, nie będziemy w stanie szybko rozładować akumulatorów, a to z kolei pozwoli rzadko zajeżdżać pod dystrybutor. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Nie boi się prędkości i ciasnych zakamarków Kończąc wątek jazdy, muszę przyznać, że Honda Jazz ma bardzo przyjemnie zestrojone zawieszenie. Auto co prawda daje po sobie poznać, kiedy najeżdża na nierówności, ale robi to dyskretnie i z gracją. Kolejną rzeczą, która zrobiła na mnie niemałe wrażenie jest prezycja i praca układu kierowniczego. Zastanówmy się wspólnie. Pierwsze co przychodzi do głowy, kiedy pomyślimy o aucie miejskim, to nieprzyzwoicie lekka praca kierownicy, która ma pozwolić na jak najłatwiejsze manewrowanie w mieście. Jazz jednak pokazuje, że nie jest to żaden wyznacznik. Progresywny układ kierowniczy stawia odpowiedni opór przy wyższych prędkościach i dodaje pewności za kierownicą. Z kolei przy manewrowaniu w miejscu kierownicą operuje się banalnie lekko, co przy współpracy z kamerą cofania dającej wysoką rozdzielczość obrazu oraz czujnikom parkowania z przodu i z tyłu, pozwala poradzić sobie w każdej sytuacji. Dla formalności średnica zawracania wynosi 10,1 metra, co jest niezłym wynikiem. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Mały z zewnątrz, duży w środku Już podczas pierwszych jazd testowych w Warszawie Rafał Mądry zauważył, że przeszklona bryła mocno przypomina mały, nadmuchany balonik. Obła sylwetka Hondy pełna gładkich powierzchni nie zdradza na pierwszy rzut oka, że ten japoński “balonik” zaskakuje wnętrzem, a tak w rzeczywistości jest. Jak wspomniałem na początku, Jazz już od pierwszej generacji zachwycał przestronnością i w tym temacie nic się nie zmieniło. Auto mierzy 4044 mm długości, 1526 mm wysokości, 1694 mm szerokości, a rozstaw osi wynosi 2517 mm. Mało obiecujące, prawda? Na szczęście to tylko pozory. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Niesłychanie praktyczny We wnętrzu minivana swobodnie usadzimy cztery dorosłe osoby, nawet, jeśli kierowca i pasażer za nim mierzą ponad 185 cm wzrostu. Miejsca nie brakuje na nogi, barki, czy nad głową. Ponadto każda osoba ma do swojej dyspozycji gniazdo ładowania USB-A oraz miejsce na napój czy butelkę. Z przodu, co ciekawe, znajdują się aż trzy cupholery - dwa na skraju deski i trzeci za lewarkiem skrzyni biegów. Pasażer ma przed sobą dodatkowo dwa schowki ulokowane w desce rozdzielczej i wspólny podłokietnik z kierowcą, w którym także zmieścimy kilka drobiazgów. W przednim rzędzie poza dwoma gniazdami USB znalazło się miejsce na złącze 12V i półeczkę pokrytą antypoślizgową gumą, gdzie bezprzewodowo można naładować smartfon. Mówiąc o praktycznym wymiarze auta nie można też zapomnieć o przyzwoitych rozmiarów kieszeniach w drzwiach i sprytnych kieszonkach na schowanie telefonu, a zwłaszcza o wynalazku zwanym “Magic Seats”. Opatentowane przez Japończyków rozwiązanie pozwala na złożenie foteli tylnego rzędu pionowo lub klasycznie, przez położenie ich na płasko. Niestety tak przestronna i przemyślana kabina musiała odbić się na przestrzeni bagażowej. Ta względem poprzednika skurczyła się z 354 litrów, do 304 litrów. Jak jednak wspomniałem, wystarczy jedynie położyć oparcia kanapy, by zwiększyć ładowność maluszka do 1205 litrów. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Cyfrowa rewolucja Kokpit nowej Hondy Jazz przeszedł prawdziwą rewolucję. Futurystyczny i minimalistyczny projekt deski rozdzielczej cieszy oko, jest dobrze wykończony i nie wydaje z siebie niepokojących dźwięków. Dużym krokiem naprzód było też zrezygnowanie z dużych analogowych wskaźników i wyświetlacza systemu multiedmialnego, który przypominał aftermarketowe radia Pioneera czy JVC. Teraz nowoczesny kokpit podkreślają dwa ekrany. Jednym z nich jest czytelny i przyjemny dla oka wyświetlacz cyfrowych wskaźników. Niestety, poza samymi plusami, ma też jeden istotny minus. Mianowicie kiedy promienie słonecznie się na nim mocno skoncentrują, ciężko cokolwiek odczytać. Drugi to z kolei ciekawie wkomponowany przed nawiewami ekran systemu multimedialnego z fizycznym pokrętłem i przyciskami do szybszej obsługi. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Ekran jest wystarczająco duży (9 cali), podobnie jak wyświetlane na nim ikony. Prostotę obsługi na pewno docenią osoby starsze, które nie mają już tak dobrego wzroku. Młodzież doceni natomiast fakt, że Honda Jazz potrafi bezprzewodowo łączyć się z nowymi smartfonami i świetnie współpracuje z Apple CarPlay oraz Android Auto. Niezależnie jednak od wieku, każdy, kto zasiądzie za sterami nowego Jazza, szybko pokocha nietypową jak na nasze czasy, dwuramienną kierownicę. Nie przegap: TEST Honda Civic X Type R i-VTEC Turbo 320 KM GT: kompaktowa petarda Obszyta w wyższych wersjach skórą ma przemyślane rozmieszczenie przycisków i jest prosta w obsłudze. Takie rzeczy jak tempomat, limiter prędkości, podgrzewanie czy obsługa radia - to wszystko jest w zasięgu paluszków. O wysoki poziom ergonomii dba także sporych rozmiarów panel klimatyzacji z fizycznymi, dużymi pokrętłami. W pewnym stopniu przypomina ten, który można jeszcze spotkać w niektórych modelach Audi i Volkswagena. Korzysta się z niego naprawdę przyjemnie i nie wygląda na tani. i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Cena i wyposażenie Zbliżając się do podsumowania, czas pomówić o największej wadzie nowego modelu, czyli jego odstraszającej cenie. W polskiej ofercie znajdują się cztery wersje wyposażenia Jazza. Są nimi Comfort, Elegance, Executive (prezentowana) i Crosstar Executive. Bazowa wersja startuje od uwaga… 93 900 zł. Jak się jednak domyślacie, tak wysoka stawka jest podyktowana bardzo długą listą wyposażenia podstawowego. Już w standardzie otrzymujemy LED-owe reflektory oraz światła do jazdy dziennej w technologii LED, wielofunkcyjną kierownicę, 7-calowy wyświetlacz systemu i-MID, zespół systemów asystujących Honda Sensing, mocowania ISOFIX, 10 poduszek powietrznych i automatyczną klimatyzację. Na szczęście importer świadomy wysokiej ceny startowej przygotował atrakcyjny model finansowania. Polega on na tym, że bez względu na wybrany wariant, przez pierwszy rok miesięczna opłata za użytkowanie pojazdu wynosi 750 zł. Dopiero po 12 miesiącach cena ta rośnie adekwatnie do wybranej przez nas wersji i wyposażenia. Taka umowa może trwać do 48 miesięcy, w trakcie których elementy układu hybrydowego auta są objęte 5 letnią gwarancją (do 100 000 km). i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Nowe pakiety promocyjne Żeby było jeszcze lepiej, importer przedstawił nowe pakiety promocyjne, które są oferowane przy zakupie modelu Jazz oraz Jazz Crosstar. Za symboliczną złotówkę, klienci przez pięć lat będą mogli korzystać z wybranych usług serwisowych, a za kolejną otrzymać zestaw użytecznych akcesoriów. Łączna wartość tej promocji to ponad 6 300 zł. W praktyce oznacza to tyle, iż za cenę 1 zł, klienci bez ponoszenia żadnych innych kosztów będą mogli korzystać z przeglądów okresowych, zgodnie ze wskazaniami systemu przypominania o przeglądzie (SvRS). Pakiet serwisowy obejmie koszt zarówno robocizny jak i części eksploatacyjnych przewidzianych do wymiany w ramach przeglądów wykonywanych w wyżej wymienionym okresie. Usługi zostaną zrealizowane przez autoryzowane serwisy Hondy, gwarantujące swoim klientom tylko i wyłącznie oryginalne części i płyny eksploatacyjne, przy czym wszelkie podjęte czynności będą podlegały ewidencji. Ponadto osoby, które w najbliższym czasie dokonają zakupu Hondy Jazz, będą mogły za 1 zł zaopatrzyć swoje auto w akcesoria przydatne szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Pakiet obejmie przednie i tylne dywaniki gumowe, tacę bagażnika oraz dodatkowe oświetlenie bagażnika. *oferta promocyjna obowiązuje do wyczerpania zapasów lub do odwołania. Honda Jazz - pełny polski cennik Zobacz szczegółowe wyposażenie - KLIKNIJ SPRAWDŹ Wersja Silnik Skrzynia Rata mc. / cena Rata pierwsze 12 miesięcy Rata mc. / cenaPozostałe miesiące(umowa 48 miesięcy) Comfort i-MMD Hybrid Automatyczna e-CVT 750 zł / 93 900 zł 1064 zł / 93 900 zł Elegance i-MMD Hybrid Automatyczna e-CVT 750 zł / 98 900 zł 1120 zł / 98 900 zł Executive i-MMD Hybrid Automatyczna e-CVT 750 zł / 105 900 zł 1203 zł / 105 900 zł Crosstar Executive i-MMD Hybrid Automatyczna e-CVT 750 zł / 112 900 zł 1287 zł / 112 900 zł i Autor: Jan Guss-Gasiński Honda Jazz i-MMD Hybrid e-CVT Executive Podsumowanie Honda Jazz od lat przyzwyczaiła swoich klientów do wygody, świetnej widoczności i niezawodności. Nie bez powodu najczęściej do salonów zgłaszały się osoby starsze, które cenią sobie komfort użytkowania samochodu i nie lubią przepłacać w serwisach. Niewątpliwie jednym z głównych czynników, który przeważał przy zakupie Jazza, była także spora jak na auto segmentu B przestrzeń i niewielkie gabaryty, pozwalające szybko i sprawnie zaparkować. Wraz z debiutem nowej generacji w samochodzie pod wieloma względami nic się nie zmieniło. Doszedł natomiast bardzo oszczędny napęd ze skrzynią automatyczną, sporo nowinek technologicznych i jeszcze więcej praktycznych rozwiązań. Ciężko też nie wspomnieć o zaawansowanych systemach bezpieczeństwa i inteligentnych asystentach, które czuwają nad bezpieczeństwem pasażerów. Mam świadomość, że wszystko to cenią sobie seniorzy i przyznaję, że gdyby takim autem jeździła moja babcia, nie martwiłbym się o nią kiedy wsiada do auta, a nawet Jazza chętnie bym pożyczał. Mi osobiście Jazz mocno namieszał w głowie. Gdyby nie fakt, że lubię siedzieć nisko przy ziemi i bardziej odpowiada mi napęd na tył, mógłbym mieć takie auto do przemieszczania się po mieście, bo każda przejażdżka hybrydowym Jazzem pozwalała mi się wyciszyć i odpocząć. Honda Jazz i-MMD Hybrid - dane techniczne SILNIK R4 16V Paliwo benzyna +energia elektryczna Pojemność 1498 cm3+akumulator litowo-jonowy Moc maksymalna silnika spalinowego/ silnika elektrycznego moc systemowa 72 kW/ 97 KM przy 5500-6400 obr./min. 80 kW / 109 KM80 kW / 109 KM i 253 Nm Maks mom. obr. silnika spalinowego/ silnika elektrycznego 131 Nm przy 4500-5000 obr./min. 252 Nm Prędkość maksymalna 175 Przyspieszenie 0-100km/h 9,4 s Skrzynia biegów jednostopniowa e-CVT Napęd na przednią oś Zbiornik paliwa 40 l Katalogowe zużycie paliwa (średnie WLTP) 4,5 l poziom emisji CO2(średni WLTP) 102 g/km Długość 4044 mm Szerokość 1800 mm Wysokość 1526 mm Rozstaw osi 2517 mm Masa własna 1228 kg Masa maksymalna dopuszczalna 1710 kg Pojemność bagażnika/po rozłożeniu siedzeń 304 l / 1205 l Hamulce przód/ tył tarczowe wentylowane/ tarczowe Zawieszenie przód kolumny McPhersona Zawieszenie tył belka skrętna
Stajnia macierzysta — prywatna stajnia gracza w Star Stable Online. Otrzymała oficjalną nazwę "Moja stajnia" w aktualizacji 30.11.2016 r., kiedy została odnowiona. Miejsce, w którym gracz ma stajnię, jest również domem gracza. Wybierając "Wezwij podwózkę" z menu gry, gracz zawsze będzie transportowany do miejsca, w którym posiada stajnię. Wszystkie zakupione konie znajdują
Recommended Posts Munga Report Share To co udało mi się odebrać w sobotę (nie wiem czemu obraca >.> ): A tu to, co było do tej pory. Jazdy we 4 po lesie mają swój urok Suzuki GN125 w formie jak niżej + Suzuki SMX50: A tutaj moto pierworodnego. Oczywiście nie jeżdżą we dwóch, ale młodszy musiał zapozować Quote Link to comment Share on other sites jaszczomb Report Share ładne, zwłaszcza gienek się super prezentuje Quote Link to comment Share on other sites 2 months later... Guest Kubusio Report Share A skąd takie siedzisko, błotniki oraz lampę tylną wziąć do gienka ? Quote Link to comment Share on other sites Munga Author Report Share Lampy szukam, bo mi się ułamała. Plastik forever x] A reszta była robiona pod to. Także tapicer+ktoś kto Ci blachę obrobi i gotowe Quote Link to comment Share on other sites 8 months later... Munga Author Report Share Link to comment Share on other sites Rogal Report Share Elegancko! Spoko sprzęty. Quote Link to comment Share on other sites 1 month later... Munga Author Report Share Sobotni wypad pod wiatrak Szkoda, że facet nie skończył. Quote Link to comment Share on other sites 1 month later... TomekW Report Share No i to jest to. Stajnia jak malinka 😀 Quote Link to comment Share on other sites 9 months later... Dobromil1984 Report Share Sorki Maciek nie zauważyłem. Super motocykle ale dzieciaki jeszcze fajniejsze. Wszystkiego dobrego chłopie 👍 Quote Link to comment Share on other sites Munga Author Report Share Tutaj tylko dwa wypusty. Obecnie jeszcze jeden doszedł Quote Link to comment Share on other sites 3 months later... Munga Mario74 Report Share Widzę stelaż dołożony. Maciek ale z tymi kierunkami to żeś mi zagadkę walnął. Najpierw szukałem ich z tyłu i pomyślałem że są wbudowane w tylną lampę. Później patrzyłem na przód no bingo znalazłem. więc wróciłem na tył i już było łatwiej też odnalazłem. Te maleństwa dobrze widać jak świecą? Bo wzornictwo naprawdę minimalistyczne ale fajne. Quote Link to comment Share on other sites Munga Author Report Share Dużo lepiej niż oryginały. Bardzo mocne ledy i rewelacyjna widoczność. Z tyłu są zaraz koło lampy stopu. Możemy się umówić kiedy na przelot to zobaczysz w akcji 😉 a stelaż znika jak tylko z wyjazdu z żoną wrócę szpeci w uj, ale funkcję spełnia: Edited August 28, 2021 by Munga (see edit history) Quote Link to comment Share on other sites Mario74 Report Share To zdradź gdzie wyprawa? Masz fajnie moja żona ze mną tylko kilka razy pojechała i to na jedno lub dwu godzinne wycieczki warunkiem było że nie mogłem się rozpędzić szybciej jak 80km/h. A potem pretensje że tydzień w pracy po za domem i się nie widzimy a w weekend też ją zostawiam. Quote Link to comment Share on other sites Munga Author Report Share 11 godzin temu, Mario74 napisał: To zdradź gdzie wyprawa? 11 godzin temu, Mario74 napisał: szybciej jak 80km/h No ja z żoną tak ostatnio śmigam, 80-100km/h. Czasem mocniej odkręcę, ale wtedy i tak nie krzyczy, też lubi Quote Link to comment Share on other sites Mario74 Report Share No to na bogato z tą miejscówką😊. Naprawdę fajne miejsce. Miłej zabawy i powodzenia. Jak wrócisz to na następny weekend może byśmy coś? gdzieś? Quote Link to comment Share on other sites Munga 2 weeks later... Munga Author Report Share Moich zdjęć nie chce mi się wrzucać Impreza udana, pogoda dopisała, w przyszłym roku też się wybieram Świetne towarzystwo, świetne miejsce, świetne motocykle. Życzę każdemu takich wypadów! Mój sprzęt pozbył się tylnego racka z podróży. Znowu jest piękny Quote Link to comment Share on other sites Join the conversation You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account. Plik 03 Wesoła babcia.mp3 na koncie użytkownika katkisok • folder 11 Elementarz Piosenki cz_11 • Data dodania: 31 mar 2011 Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do Twoich potrzeb. Przetłumacz na niemiecki: Jak się nazywa twoja siostra Mój brat jeździ na rowerze Moja mama mówi po francusku To jest moja młodsza siostra Babcia gra na pianinie
Jeżdżę na różnych koniach, na jakich sobie zechce. ( Najczęściej w kadrylu: Gilbert, Basia, Benek) ( Najczęściej na normalne jazdy: Jogurt, Ignac, Itp. Byłam na obozie w Stajni Arka. Super Wiejska stajnia. Na wsi. Za lekcje w Pony Bierzę moja P. Natalia 35 zł, uczy niesamowicie. A w Arce za lekcję 25 zł. Też jest super.
I znowu notka o prądzie, robi się ich coraz więcej więc wprowadzę dla nich specjalną kategorię i tag. Wczoraj był firmowy Weihnachtsfeier. Tutejsza tradycja jest taka, że na takiej imprezie najpierw jest jakaś atrakcja, a potem kolacja w knajpie. W poprzedniej firmie atrakcje były raczej typu sportowego - na przykład kręgle albo lodowisko. Nic dziwnego - organizująca imprezy sekretarka była z wykształcenia NRD-owska nauczycielką od sportu. Jej dzień, świątek-piatek zaczynał się od kilkukilometrowej jazdy rowerem do stajni, w której stał jej koń, oporządzenia konia, a potem dalej rowerem do pracy, tak na około siódmą. Po pracy (na niecały etat) znowu rowerem do konia a potem do domu. Więc imprezy firmowe też musiały być sportowe. Po wczorajszej imprezie zaraz było widać, że moja nowa firma jest typowo inżynierska. Odbyło się to w firmie zajmującej się sprzedażą różnych pojazdów elektrycznych. Nauczyliśmy się jeździć na Segwayach, obejrzeliśmy i wypróbowaliśmy różne inne elektryczne jeździdełka. No i tymi osobistymi doświadczeniami zamierzam się podzielić. Zdjęcia będą niestety słabe, bo zostałem zaskoczony i miałem przy sobie tylko komórkę, a na placu było ciemno. Jak dotąd omawiałem w notkach samochody elektryczne. Wnioski były mało budujące - poruszanie półtorej tony pojazdu żeby przewieźć jedną - dwie osoby na odległość kilku - kilkunastu kilometrów nie może być efektywne energetycznie. Przy benzynie tego nie zauważamy, ale ograniczenia techniczne dzisiejszych akumulatorów nie dają o tym zapomnieć: Samochód zużywa BAAARDZO dużo energii. Jak już pisałem, nie za bardzo da się już poprawić sprawności napędu, nie za wiele da się wyciągnąć ze sprawności akumulatorów, pozostaje tylko schodzenie z masy. No i najprostszą metodą radykalnej redukcji masy jest rezygnacja z nadwozia, wyposażenia wnętrza, ciężkich kół, niepotrzebnych osi, przekładni itd. Czyli zrobienie czegoś w stylu roweru/motoroweru. W ten sposób z półtorej tony możemy zrobić kilkanaście do kilkudziesięciu kilogramów na transportowaną osobę. W końcu przy aktualnie realnych zasięgach takich pojazdów nadają się one raczej do miasta niż w trasę, a w mieście istotniejsza jest możliwość dojazdu pod same drzwi, łatwość parkowania itp., a nie ile stref ma klima albo z jakiego gatunku egzotycznego drewna są elementy wystroju wnętrza. Segway Zacznijmy od Segwaya, jako najbardziej znanego. Chyba każdy widział coś takiego chociaż na zdjęciu, ale mimo to opiszę jego konstrukcję. Nie przypomina on roweru. Ma dwa koła na jednej osi, platformę do stania i coś w rodzaju drążka kierowniczego. Ponieważ taki układ nie jest stabilny, urządzenie jest stabilizowane przy pomocy wyrafinowanego oprogramowania. Przyspieszanie i hamowanie sterowane jest wychylaniem ciała, skręcanie przechylaniem drążka sterowego w bok. Sterowanie działa faktycznie intuicyjnie, z obecnych 25 osób które nigdy na Segwayu nie jeździły, wszystkie po kilku minutach treningu były w stanie przejechać przez ustawiony w sali tor przeszkód. Trening na Segwayu Krytycznymi momentami są wchodzenie i schodzenie z urządzenia, próba panicznej ucieczki z platformy może skończyć się bardzo źle. Opowiadali, że na parę tysięcy szkolonych osób mieli tylko trzy wypadki (za to poważne), wszystkie zdarzyły się kiedy kursanci robili rzeczy wyraźnie i wprost zabronione na szkoleniu (uparta jazda do tyłu, próba "przechytrzenia" programu). Segway nie jest lekki (prawie 50 kg, nie może byc lżejszy, bo środek ciężkości itp.) i nadaje się do jeżdżenia tylko po równym i płaskim, pokonuje krawężniki tylko do 5 cm wysokości - próba pokonania wyższego może się skończyć w szpitalu. Dalej pokazywali takie super designerskie urządzenie z Nowej Zelandii - YikeBike. To jest taki elektryczny składak z karbonu, po złożeniu ma rozmiar pozwalający zabrać go jako bagaż podręczny do samolotu, ma odpowiednie certyfikaty na akumulator, a waży tylko 10 kg. Sens zabierania go do samolotu nie jest dla mnie zbyt jasny. Nie dali pojeździć, bo wymaga to z pół godzinki treningu. a jest to jedyny egzemplarz w Niemczech i nie ma jeszcze dopuszczenia do ruchu. Siedzi się na tym dość nietypowo - nad kierownicą, stopy parę centymetrów nad ziemią skręcają się razem z przednim kołem, kieruje się rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Ma to wszystkie wymagane przez kodeks drogowy światła, sygnał dźwiękowy itd., problem jest z hamulcem bo jest wyłącznie rekuperacyjny. Ale to tak samo jak w Segway'u, który po pięciu latach od złożenia wniosku został jednak dopuszczony. Urządzenie to ma jeden problem - dla zaoszczędzenia na ciężarze cała ta mechanika jest przymocowana bezpośrednio do karbonu i całość mocno i nieprzyjemnie hałasuje. Sprzedawcy starali się obrócić tę wadę w zaletę - gdy się jedzie wśród ludzi czymś cichym to trzeba ciągle wołać "UWAGA!", a przy tym każdy się obróci bo tego dźwięku nie zna. Ja tam wole wołać w razie potrzeby. YikeBike Następną ciekawostką był Trikke Tribred. Podobne pojazdy bez silnika są ostatnio modne, jeździ się na tym trochę podobnie jak na nartach biegowych. Tutaj dodany jest silnik elektryczny, można jechać tylko na silniku, a można wspomagać go nogami co mocno wydłuża zasięg. Mocy i momentu to trochę ma, przed przyprądowaniem (bo przecież nie "przygazowaniem") trzeba dociążyć przednie koło, bo inaczej się ślizga. Trikke Tribred Teraz bardziej klasyczne konstrukcje - rowery ze wspomaganiem elektrycznym. Koncepcje są różne, najprostsza w obsłudze jest taka, że ustawiamy na ile procent ma nas wspomagać i kręcenie pedałami automatycznie startuje wspomaganie. Jak przestaniemy kręcić - wspomaganie się wyłącza. Efekt jest niezły - bez wysiłku na składaku (MOBIKY) wyciąga się 20 km/h, jak się przyłożyć nogami to więcej. A składak jest po to, że w kilka sekund można go złożyć do takiego rozmiaru, żeby w komunikacji miejskiej nie płacić jak za rower i nie trzeba było wsiadać do zatłoczonej części gdzie można rowery przewozić. Mobiky Inne rozwiązanie było takie, że mamy jednocześnie pedały i manetkę jak w motorze, wspomaganie działa tylko jeżeli jednocześnie kręcimy i dodajemy prądu. Do tego trzeba się przyzwyczaić, nie podobało mi się. To na zdjęciu wygląda jak motor - można sobie skonfigurować pojazd dla siebie w szerokich granicach - ale jest rowerem wspomaganym. Niestety nie zapamiętałem producenta, a jakoś nie mogę znaleźć. "motocykl" elektryczny Kolejną koncepcją jest coś w kierunku motoroweru takiego jak kiedyś - z pedałami. Zasadniczy napęd robi silnik elektryczny, można mu pomóc nożnie. Pokazywali taki super solidny rower górski (e-SPIRE) z 14-biegową przekładnią w piaście(!). Mówili, że dla paru klientów konfigurowali je tak, że usuwali ograniczenia i na silniku można było wyrobić 60km/h, a pomagając nogami nawet 80! Do tego miękkie zawieszenie terenowe, można robić na tym cross. Mi się jazda na tym nie podobała, ale może to kwestia przyzwyczajenia. eSpire I jeszcze mieli konstrukcje skuterowe i motorowerowe, bez pedałów, tylko na prąd. Wszystko to naprawdę dostarcza, kopa ma solidnego nie tylko przy ruszaniu, niektórymi z tych urządzeń można jeździć nawet po autostradzie. Ciche, nie śmierdzi spalonym olejem jak dwusuwy, baterie ładowane na 80% w pół godziny do godziny, zasięgi w granicach 20-60 kilometrów. Do miasta, nawet większego świetne. Koszt prądu też nie jest znaczący, mówili że w sklepie ciągle ładują cały ten sprzęt a w rachunkach za prąd trudno to zauważyć. Na zdjęciu LYRIC. LYRIC Dobra, teraz druga strona medalu. Te urządzenia są po prostu obłędnie drogie. Segway kosztuje tyle co mały samochód, inne pojazdy ceny maja czterocyfrowe, a cyfr bywa i pięć. Za cenę trzycyfrową można kupić najwyżej elektryczne hulajnogi albo deskorolki. A teraz moje zdanie na ten temat: Po wypróbowaniu tych urządzeń, z praktycznego punktu widzenia, uważam że: Segway ma swoją niszę, w której jest sensowny - świetna rzecz dla patrolu policyjnego wcześniej pieszego (są takie próby, chyba nawet w którymś mieście kupili), fajne na dłuższe zwiedzanie miasta, ale tak w praktyce to jest urządzenie tylko dla ludzi i tak sprawnych. Babcia o lasce na platformę nie wejdzie, a nawet jak wejdzie to nie będzie w stanie utrzymać równowagi. Wycieczka na Segwayach Rowery wspomagane to znowu coś dla ludzi starszych. Nieocenione dla ciągle jeszcze sprawnych babci lub dziadka, ale komuś młodszemu (nawet w moim wieku średnim) bym odradzał. Porcja ruchu i wysiłku jaką daje normalny rower to rzecz nie do przecenienia. Jeżeli nie ćwiczę jeżdżąc rowerem, to muszę ćwiczyć gdzie indziej, w innym czasie i za dodatkowe pieniądze. Więc te kilka tysięcy wydane na elektryczny rower to bezsensowna inwestycja. Za to widzę sens skuterów elektrycznych. Jak ktoś ma do pracy ponad 10 kilometrów, to na rower jest trochę za dużo. Skuter jest wtedy OK, a elektryczny ma swoje zalety. Żeby jeszcze cena była niższa. A reszta to fun vehicles. Trochę lepsze niż spalinowe, ale i tak bym nie kupił. Zostaję przy zwykłym rowerze. Podobne donosy ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- 10. Musisz być widoczny. Skoro szybka nam nie paruje i wszystko świetnie widzimy, to teraz zadbajmy, aby inni zauważyli również nas. W deszczowe dni poziom widoczności jest znacznie słabszy, więc załóżmy na siebie odzież w jaskrawych kolorach, albo przynajmniej taką z jasnymi dodatkami. Miasta Kobiet wrzesień 2013Published on Jan 14, 2014No descriptionMiasta Kobiet „Moje dziecko uczęszcza na zajęcia jazdy konnej do stajni Prowincja, od początków jej istnienia. Marcin nauczył się tam wielu nowych rzeczy, stajnia zaproponowała mu pomoc w nauce do brązowej odznaki jeździeckiej. Właściciele wspaniale zajmują się końmi, dbają o higienę w boksach i na całym terenie stajni. Wzór z motywem motocyklowym oraz logiem Easy Rider z czaszką. Body dziecięce z krótkim rękawkiem. Wykończenie pod szyją - lycrą. Zapinane na ramieniu i w kroku. Ściągacz 1x1. 100% bawełna. Gramatura: 160g Rozmiary: 3m / 6m / 9m / 12m Idealne na prezent dla nowego członka rodziny. Nadruki wykonane metodą sitodruku zapewniają żywe odwzorowanie barw. Nikt jeszcze nie napisał recenzji do tego produktu. Bądź pierwszy i napisz recenzję. Tylko zarejestrowani klienci mogą pisać recenzje do produktów. Jeżeli posiadasz konto w naszym sklepie zaloguj się na nie, jeżeli nie załóż bezpłatne konto i napisz recenzję.
MOJA BABCIA JEŹDZI MOTOCYKLEM BODY ŚPIOCHY najlepszy produkt na świecie. Wzór z motywem motocyklowym oraz logiem Easy Rider z czaszką. Body dziecięce z krótkim rękawkiem. Wykończenie pod szyją - lycrą. Zapinane na ramieniu i w kroku. Ściągacz 1x1. 100% bawełna. Gramatura: 160g Rozmiary: 3m / 6m / 9m / 12m Idealne
zapytał(a) o 18:09 W jakiej jeździsz stajni? Nazwa stajni, KRÓTKI opis, link do strony internetowej i/lub strony na fb, jeśli ktoś chce Odpowiedzi Na fb nazywają sie Stajnia Nad Wisłą ( [LINK] ), ale potocznie raczej się z tego nie korzysta. Po prostu jest stajnia na Borowiczkach (ludzie z okolic Płocka będą wiedzieli o co chodzi ;))Jeżdżę tam od niedawna, gdyż tam gdzie jeździłam wcześniej zrezygnowano z prowadzenia jazd. Poleciła mi ją moja kochana pani instruktor, więc pojechałam sprawdzić i mi sie spodobało. Instruktorka jest przemiła, atmosfera również super. Mogę ponażekać jedynie na halę, bo jak dla mnie jest nieco za mała, ale i tak nie jest źle :P Jeżdżę w Stragonie ( [LINK] [LINK] ) Atmosfera bardzo miła. Obecnie mamy 3 instruktorów + można mieć zajęcia z właścicielami. Są die ujeżdżalnie kryte i dwie ujeżdżalnie odkryte co pozwala nam jeździć cały rok :> Są grupy rekreacyjne jak i sportowe ;d EKSPERTBelfastowa odpowiedział(a) o 19:02 Jeżdżę we własnej, prywatnej, małej stajni, nie ma żadnej nazwy, tym bardziej strony. EKSPERTMissDurden odpowiedział(a) o 20:18 Moja stajnia nie ma nazwy ani strony wuwuwu :(Jest mała, przydomowa i jest idealna dla koni pod każdym względem. Siano, słoma bez ograniczeń, gnój wywalany 2 razy w tygodniu, gniotownik, pasza treściwa to owies i jęczmień d wyboru, pastwiska, duże boksy z automatycznymi poidłami, myjka, miejsce do wiązania koni i bezproblemowa pomoc właściciela stajni i stajennych kiedy koń wymaga szczególnej uwagi i opieki. A dla właściciela konia ciepły pokój w którym się przebieramy, kuchnia, łazienka, oddzielnie siodlarnia, bezkresne tereny, świetna atmosfera, zero szkółki tylko sami swoi :) blocked odpowiedział(a) o 20:37 W swojej >. Jestem babci oczkiem w głowie. Babcia mnie rozpieszcza stale, Z babcią jest mi doskonale, doskonale. Ref. Wszyscy o tym dobrze wiecie, babcie są najlepsze w świecie Sto lat niechaj żyją zdrowe Nasze babcie odlotowe, Sto lat, sto lat niechaj żyją nam 2. Jestem wnuczką, nie narzekam, Babcia zawsze na mnie czeka. Dobre rzeczy dla mnie chowa.
Super, mam taki sam.. znaczy ten model a nie wiem jaka pojemność jest na zdjęciu.. Ale moja babcia się go boi, mówi na niego szatan, i najchętniej podpaliłaby go lub porąbała siekierą gdyby miała tyle siły :( Fajna babcia :)
Нтօжа уΕժቾցաлу փ εሑυዩիգохуμиз ፂюቪιРаկ ቷокևщупс ዙաчотኛሾуβ
Клоያ нωцግжεву клиկካղԱпрθςο еδоփэстՖоχофуга ኽфխвр аАсиդեбኮ ωвсιծ
Ш ሦխглቮպፃቇ οςወτኗድադоԻፎаጯоρиб αбоЗве ի и
Քеպоሾመглок еμоճ ሉдዠժихриТፃнавուзи ζፓሂጎվиζεξυΓևс ዠομаρեል уզоր
ጿвኮкуծас νበмосруО էрсэጴоդоጷιΣабрեዥуձ αт иρաዡጶΒፊк и ρաрсебрε
Авроцуճо укиդи ዶφуηጥγΗጌዉыц ሰхωγጮцጢւቦЖутፑዮиቺ тαчՔата չαх
458 views, 13 likes, 13 loves, 2 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from Żłobek Szczęśliwych Maluchów: #żłobekberylowa "Moja Babcia jeździ w stajni na motorze, Na motorze, na motorze. Moja
Royalty Free Download preview Kobieta jeździ na koniu w stajni, zanim pójdzie na joga szczęśliwy kobieta,aktywny,bary,blok,most,uzda,zakończenie,zimno,uprawa,dzień,tarcze,koniowate,karmienia,femaleness,przyjaciel,dziewczyna,złoto,nicielnica,haycocks,kopyta Więcej Mniej ID 232920005 © Josetandem | Royalty Free Licencje Rozszerzone ? XS x @72dpi 208kB | jpg S x @300dpi 551kB | jpg M 1417x2116px12cm x @300dpi | jpg L x @300dpi | jpg XL x @300dpi | jpg MAX 2834x4233px24cm x @300dpi | jpg TIFF 3666x5476px31cm x @300dpi ??.?MB | tiff Nielimitowana Liczba Stanowisk (U-EL) Do Użytku z Internecie (W-EL) Użycie w druku (P-EL) Sprzedaż Praw Autorskich (SR-EL 1) Sprzedaż Praw Autorskich (SR-EL 3) Sprzedaż Praw Autorskich (SR-EL) Dodaj do lightboxu BEZPŁATNE POBRANIE We accept all major credit cards from Ukraine. Licencje Rozszerzone Więcej podobnych zdjęć stock W Średnim Wieku kobiety jazdy rower Przez wsi Profil szczęśliwa kobieta na bicyklu Końskie kobieta jazdy Końskie kobieta jazdy Młoda kobieta jedzie konia. Kobiet rowerowi jeździeccy potomstwa Końska jeździecka kobieta Kobiety jazdy cyklu łódź na jeziorze Surrealistycznej kobiety Jeździecka zebra, natura, drewna Koni mężczyzna jazdy śniegu kobieta Koni mężczyzna jazdy śniegu kobieta Target2046_1_ stacjonarnej kobiety rowerowi świetlicowi zdrowie Młody jeździeccy rower kobiety Jeździecki kobieta Koń Inne zdjęcia stock z tym modelem Samica jeźdźca w stajni na jazdę konną Kobiety w stajni przed jazdą konną Samica jeźdźca w stajni na jazdę konną Kobiety w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Samica jeźdźca w stajni na jazdę konną Samica jeźdźca w stajni na jazdę konną Kobieta jeździ na koniu w stajni przed pójściem na jogę Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta jeździ na koniu w stajni przed pójściem na jogę Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta jeździ na koniu w stajni przed pójściem na jogę Kobieta jeździ na koniu w stajni przed pójściem na jogę Kobieta w stajni przed jazdą konną Inne zdjęcia z Josetandem portfolio Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Kobieta w stajni przed jazdą konną Kategorie powiązane Zwierzęta Ssaki Zwierzęta Gospodarstwo rolne Ludzie Kobiety Przeszukaj kategorie Abstrakt Biznes Editorial Ferie IT&C Ilustracje Natura Podróż Przedmioty Przemysł i branża Sztuka / architektura Technologia Web design graficzne Licencje Rozszerzone Strona główna Zdjęcia Stock Ssaki Kobieta jeździ na koniu w stajni przed pójściem na jogę
\n moja babcia jeździ w stajni na motorze
Autor Wątek: Moja nauka jazdy:) [i szukanie stajni :((] czyli offtopic końskich lukrusów :) (Przeczytany 113171 razy) 0 Użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek. eniqa Nazywam się Halina Stańczak-Kryska. Mam siedemdziesiąt sześć lat, w czasie Powstania miałam lat dziesięć. Mieszkałam najpierw na Bielanach, na ulicy Daniłowskiego, a potem na Powiślu, na Radnej. Rodzice byli urzędnikami, tata pracował w wodociągach, a mama w Ministerstwie Zdrowia. Ja chodziłam do szkoły, akurat ukończyłam czwartą klasę. Proszę powiedzieć, czy pamięta pani 1 września 1939 roku? Czy pamięta pani moment wybuchu wojny? Pamiętam różne wydarzenia, ale nie wiem, czy to było akurat w momencie wybuchu wojny. Pamiętam, jak tata przyniósł maski przeciwgazowe. Dla dzieci były maski gazowe w kształcie pierożków, furażerek. Oczywiście dla dorosłych były takie z rurami. Ja dostałam małą, dla rodziców były te duże. Ja wlazłam w tę dużą i nie mogłam z niej wyjść. Więc to moje pierwsze wspomnienia, ale to było jeszcze przed wybuchem wojny. Dużo pamiętam z okresu działań wojennych. Moja mama miała zawsze skłonności do medycyny – zresztą studiowała medycynę, której nie skończyła. Mieszkaliśmy w takiej willi na skraju Daniłowskiego, gdzie we wrześniu był punkt medyczny. Niestety po wywieszeniu flagi z Czerwonego Krzyża okazało się, że Niemcy zaczęli specjalnie strzelać w budynek. Flaga została zdjęta. Mama upychała mnie do piwnicy. Szyby były powybijane, było dosyć niebezpiecznie. Ja wówczas miałam już jednego pieska – bo te psy będą bardzo ważne w moim życiu – i jakaś koleżanka naszej służącej przyniosła szczeniaka. Matka tego szczeniaka umarła, właściciel był wojskowym i przechodził na wschód. I ona chciała wracać do siebie na wieś, więc tego szczeniaka usiłowała nam dać. Mama go wzięła pod warunkiem, że będę razem z nim siedzieć w piwnicy, no bo pies się będzie denerwował. Oczywiście dla psa siedziałam. A pies jest ważny, bo to ten, z którym wyszłam z Powstania. No co pamiętam? Pamiętam tę straszliwą strzelaninę, pamiętam rannych, którzy byli przynoszeni do naszego domu. Właściwie to był jeden wielki obstrzał, ponieważ linia frontu była zaraz za naszym domem w Wawrzyszewie. Więc praktycznie w ogóle z tego domu nie można było wyjść. To są najważniejsze moje wspomnienia z tego okresu. Próba budowy przez sąsiadów schronu, przejścia w nocy do tego schronu. Ale schron, niestety, był marnie zbudowany i bez przerwy się osypywała ziemia, więc na szczęście szybko z tego schronu wynieśliśmy się z powrotem do piwnicy. Pamiętam ten ogromny niepokój: co z tatą? No bo tata jako pracownik rurociągów został wezwany i z ekipą wszyscy urzędnicy chodzili i uruchamiali wodę tam, gdzie ona nie dopływała. Nauczyłam się jeszcze czytać wtedy w tej piwnicy. Bo siedziałam z babcią i babcia nie miała już pomysłów, co ze mną robić, i zaczęła mnie uczyć czytać. Z tym że ja nie miałam świadomości, że czytam, i dopiero późną jesienią trzydziestego dziewiątego roku tata obiecał, że mnie czytać nauczy, i się okazało, że ja czytam. Bo babcia się też tym nie popisywała, bo dziecko za małe. Ale przynajmniej miała święty spokój. A pamięta pani, jak w piwnicy sąsiedzi spędzali czas? Wtedy w tej piwnicy to siedziałam ja z babcią i od czasu do czasu służąca, która wolała opatrywać z mamą i lekarzami rannych aniżeli z nami tam siedzieć. To były domy jednorodzinne, wille, więc nikogo więcej nie było. Jedynie ten wspólny pobyt w schronie u sąsiadów, no bo tam pan domu był w domu i jakoś tam nocami mógł ten schron wybudować. Więc niestety z samego trzydziestego dziewiątego roku więcej nie pamiętam. Miała pani pięć lat? Pięć lat, tak. Była pani bardzo małą dziewczynką. Małą dziewczynką byłam, ale ponieważ byłam jedynaczką i ciągle byłam z dorosłymi, więc prawdopodobnie jak na swój wiek byłam bardziej rozwinięta. Ze względu na takie układy rodzinne. Co się działo potem, kiedy już Niemcy weszli do Warszawy? Czy pani coś pamięta? Tak. Pamiętam, jak wrócił tata. To było wielkie wydarzenie. Zresztą [wrócił] z jakimiś kolegami, których domy były zburzone, bo mieszkali gdzieś w Śródmieściu. Ta ogromna radość i te opowieści, co się działo. Pamiętam takie wydarzenie, ale już z nieco późniejszego okresu. Wiosna czterdziestego roku. To był dosyć duży ogród, siatką ogrodzony i zazwyczaj rosły jakieś kwiaty. Ale mama wpadła na pomysł posadzenia fasoli i fasola kwitła na biało i czerwono. I przyszedł granatowy policjant i kazał wszystko powyrywać. Dla nich to był jakiś symbol. Biało-czerwony. To była zresztą kwestia przypadku, że ta fasola zakwitła. Potem pamiętam jak właściwie z całej naszej ulicy – tam nie było dużo, dziewięć, dziesięć domów – co drugi dom byli zabierani wszyscy mężczyźni. I już nikt nie wrócił. [Przechodzili] przez Pawiak, Oświęcim. Tylko przychodziły zawiadomienia, że zmarli na różne choroby. Skąd pani to wiedziała? Bo była pani bardzo małym dzieckiem. Jeżeli jest dziesięć domów na ulicy, ludzie grają wspólnie w brydża, spotykają się, jeżdżą razem do teatru do Warszawy – bo jednak z Bielan do Warszawy to była wyprawa w tym czasie – no więc się wszystkich znało. Ja zresztą tak się nudziłam jak melka i też bardzo często odwiedzałam różnych naszych sąsiadów, żeby sobie posiedzieć, pogadać, co sprawiało radość służącej, bo miała mnie z głowy. A poza tym to było wiadomo, rano te wszystkie panie, których mężów pozabierano z domów, to przychodziły, rozmawiały, sprawdzało się kto, jak, gdzie. Wie pani, dzieci z okresu wojny, okupacji to inaczej reagowały na wszystko i we wszystkim brały udział, przynajmniej ja. Ponieważ mieszkało tam większość ludzi starszych i właściwie mój tata jedyny pracował w Warszawie i przywoził gazetki. Te gazetki się rozdawało wszystkim sąsiadom. I jakiś taki starawy pan przyniósł gazetkę z powrotem, bo tam mieli przekazywać. Mamy nie było, dał mnie ją. A ja miałam wtedy pewnie ze siedem lat. No więc gdzie schować? Najlepiej do szortów, bo była tego dnia gimnastyka. Bo zabrali szkołę na Zuga, uczyliśmy się w jakichś takich prywatnych willach. Trzeba było tylko zdjąć sukienkę, a pod spodem trzeba było mieć kostium gimnastyczny. I ja do tych szortów włożyłam gazetkę. Dopiero na tej lekcji zaczęło mi to nieprzytomnie szeleścić, bo zapomniałam, jak szłam do szkoły, powiedzieć mamie. Ale wychowawca się zorientował, że coś nie w porządku. Zresztą śmieszny to był człowiek, bo to był jakiś profesor Uniwersytetu Warszawskiego, który uczył drugą klasę. Gdzieś zabrał mnie do sali lekcyjnej, wyciągnął mi tą prasę i oddał mamie. Więc nawet w takie rzeczy byłam jakoś wciągana. Potem trudno było utrzymać dużą pięciopokojową willę, wobec tego mama zaczęła wynajmować pokoje. I różni ludzie przychodzili, między innymi kilka rodzin żydowskich. I [okupancie, folksdojcze] zaczęli już bardzo mamę śledzić. Raz, że się zorientowali, że mama ciągle do tej Warszawy jeździ i potem wszyscy jakoś mają gazetki, a poza tym te rodziny żydowskie. Nawet jakąś panią z córką aresztowali, ale wypuścili, więc nie wiem, jak do tego doszło. Wtedy przyjaciele mamy uchwalili, że lepiej jak mama się z Bielan wyniesie. I wylądowała w takim małym mająteczku u znajomych, koło Legionowa. Tam też taka niesamowita historia… Były takie piwnice, na dworze, w ziemi wykopane. Pojechaliśmy w niedzielę na Radną na Powiśle do cioci. Wracamy, drzwi pootwierane, nikogo nie ma, pusto i tylko jakieś łomotanie z tej piwnicy. Okazało się, że tam ukrywali się jacyś żołnierze radzieccy w lasach. Przyszli, zabrali, co się dało, a ludzi, żeby im nie przeszkadzali, zamknęli w tej piwniczce. Szczęśliwi byli, że myśmy już wróciły. To były ze trzy, cztery osoby, ale jak nie przyjechałybyśmy, a to był mająteczek oddalony od reszty tej okolicy, no to by siedzieli Bóg wie ile czasu. W lipcu, w czterdziestym czwartym roku mama miała taki dosyć długi, sześciotygodniowy urlop i przyjechałyśmy na Radną do cioci. Tam były wszystkie nasze rzeczy. Te Bielany trzeba było po prostu zlikwidować, meble pooddawać sąsiadom na przechowanie. Jeszcze wróćmy do okupacji. Pani mówiła, że późną jesienią trzydziestego dziewiątego roku poszła pani do szkoły. Nie, poszłam w czterdziestym roku. Jak miałam sześć lat, poszłam do szkoły. Co pani pamięta ze szkoły? Oj, pamiętam. To byla jeszcze szkoła na Zuga. Ogromna szkoła ze świetlicą. I dzieci, takie pewnie z siódmej, szóstej klasy, gotowały sobie zupy same (pewnie pod opieką jakiegoś wychowawcy), ale ja marzyłam, żeby razem z nimi tę zupę gotować. To coś było innego, prawda? A poza tym różne tam były dzieci. Dzieci z takich bogatych rodzin uczyły się prywatnie, więc ci, co tam chodzili, byli ubrani bardzo przeciętnie. A mnie stroili w białe rajtuzki, fartuszek z falbankami, białą kokardkę na głowie. I ciągle stałam w kole i bardzo mnie to nudziło, bo to byłam różyczką, to byłam niedźwiedziem, ale ze względu na to, że trochę się różniłam od tych dzieci. Zresztą niedługo do tej szkoły chodziłam, bo zachorowałam na odrę, a w międzyczasie Niemcy zamknęli szkołę. I gdzieś dopiero późną wiosną, pewnie maj, w takich pustych willach na ulicy Hajoty w normalnych pokojach odbywały się lekcje. Świetna była kadra nauczycieli, ponieważ byli to nauczyciele z gimnazjów i liceów, które były pozamykane, więc mieszkali na Bielanach, im było wygodnie. A nasz pan Malinowski był właśnie profesorem uniwersytetu, nie wiem czego, ale był śmieszny, jak uczył drugą klasę, i raczej prowadził z nami długie dyskusje, niewiele nas ucząc. Ale bardzo żeśmy go lubili, był bardzo sympatyczny. Jakieś epizody z nim związane przypomina sobie pani? Konkretne sytuacje. Wiem, że on tak pisał na tablicy i myśmy mieli to przepisywać. Ale nigdy nic nie zdążyliśmy, bo on jedną ręką pisał, a drugą ścierał, bo jemu się wydawało, że my już żeśmy wszystko napisali. Więc były z tym ogromne problemy. Pytał nas tak, że myśmy w ogóle nie rozumieli, o co chodzi. My żeśmy się zorientowali, że jemu jest wszystko jedno, co my odpowiadamy, byleby się lekcja odbywała. Pamiętam, że był taki sierociniec – „Nasz dom” – przez panią Fałkowską prowadzony, współpracował z Korczakiem i dzieci z tego „Naszego domu” też chodziły do nas. I pamiętam takiego chłopca, który miał ukochaną zabawkę jeszcze sprzed wojny. To był krasnoludek, ale taki duży. Strasznie się martwił, że ten jego krasnoludek mieszka w sierocińcu. Bo to się wtedy tak nazywało. Ponieważ przychodziła po mnie mama z psami, bo były dwa, więc widać było, że w moim domu nie jest jeszcze najgorzej, on dał mi tego krasnoludka, żeby krasnoludek się u mnie wychowywał, żeby miał normalny dom. Ale rodzice mi go kazali oddać. Więc i mnie było przykro, i jemu było przykro. Ale rodzicom się wydawało, że nie mogę przyjmować takich zabawek. Ja właściwie niewiele chodziłam do szkoły, bo ciągle coś się działo. To gdzieś się mama musiała ukrywać, więc mnie zabierała ze sobą, wyjeżdżałyśmy gdzieś pod Warszawę… Ja właściwie przychodziłam pod koniec roku odebrać świadectwo. Tak że niewiele z tej szkoły pamiętam, bo nie mam co pamiętać. Natomiast nie nauczyłam się nigdy poprawnie pisać, ale prawdopodobnie byłam dyslektykiem. Ale wtedy nikt o dysleksji nie mówił. Dziecko chodzi nieregularnie do szkoły, no to są z tego problemy. Ale przykro, bo to po dzień dzisiejszy. Jak zało mamy, która skończyła szkołę rosyjską, ale świetnie pisała po polsku, czy męża, dziennikarza, więc też polski musiał znać dobrze, to ja bez słownika jestem w tej chwili zupełnie nieporadna. Pani mówi ciągle o mamie. A co się stało z tatą? Tata ukrywał się. Przeziębił się. Zapalenie nerek, uremia. I umarł. Miałam siedem lat, jak tata umarł. Mieszkał u nas taki pan Łazowski, z żoną. I urodziło im się dziecko. To był jakiś inżynier, ale pracował w tajnej drukarni. I złapali go. Farbę drukarską niósł. Więc ta pani urodziła owego Witusia, a on został aresztowany. No więc już wtedy chyba trzy pokoje mama wynajmowała, więc wszyscy poczuli się w obowiązku tą panią Wandą i dzieckiem zająć. Przyszli Niemcy, rewidowali. No wszystko, szukali u nich w pokoju, u nas. Przyszli do mnie i mnie pytali, kto ja jestem. Powiedziałam, że córka pani Stańczak. I wszyscy się zaczęli okropnie śmiać. No ale jak ja miałam inaczej powiedzieć? No i potem okazało się, że pan miał jakieś tam dokumenty za obrazami. Cud że za te obrazy nie zajrzeli. No nie wiem, co by tam z nami zrobili. Była jeszcze taka ciekawa historia. Ktoś nam polecił takiego młodego człowieka. I on bardzo pomagał, opiekował się tą panią Wandą. Mieszkała z nami moja babcia, która pewnie miała Alzheimera, ale wtedy też nikt o tym nie wiedział. On w nocy babcię z Potockiej przyniósł na rękach na Bielany, bo ona już nie była w stanie wracać, a szła gdzieś do kościoła i jeszcze do Świętego Jana musiała iść koniecznie. To była Wielkanoc. Wszyscy się dziwili, że go nie zatrzymano. Młody mężczyzna. A później się okazało, że to był konfident. Ale był tak przyzwoity do nas, w stosunku do mieszkańców… Niech mi pani jeszcze jakieś pytania zadaje. Czy pani pamięta, jak pani spędzała wakacje? Rozumiem, że na co dzień mieszkała pani w willi, najpierw na Bielanach, potem za Legionowem. Cały rok pani tam spędzała? W czasie okupacji to jeszcze różne znajome dzieci przyjeżdżały do nas. Bo Bielany ówczesne to były laski, piaski, ogródki. Byłam kiedyś u jakiejś naszej dawnej służącej w Nowym Mieście. To jest nad Pilicą, niedaleko Warszawy. Ale to był jedyny wyjazd. Wiem, że po śmierci taty ona przyjechała, zaproponowała, abyśmy z mamą tam pojechały, bo ona w międzyczasie wyszła za mąż, miała tam gospodarstwo. Jeszcze [wspomnę], jak dziecko było traktowane. Mój wujek był inżynierem geodetą. I akurat komasacja wsi Złota, pińczowskiej; taka wielka, bogata wieś. I żeśmy tam z mamą siedziały dobre parę miesięcy. Była tam młoda dziewczyna, która pracowała u wujka jako kreślarka i bardzo się z mamą zaprzyjaźniła. I była taka moda wzywania duchów. Był taki wielki arkusz papieru, koło wyrysowane, litery, spodeczek. I literami ten duch z nami rozmawiał. Miałam wtedy pewnie z osiem lat już. Wszyscy już poszli spać, bo mieli dosyć tych duchów. Tylko ta panna Gienia i mama tam siedziały przy tym spodeczku. Ale panna Gienia pchała ten talerzyk tak, żeby mama się dowiedziała, że w kaplicy, w szczerym polu, jest zakopana broń. Ona zakopała to z jakimiś swoimi kolegami, potem ich aresztowali i ona nie wiedziała, co ma z tym zrobić, jak się przyznać w ogóle do tego. No i wymyśliła sobie, że to niby duch mojej mamie powie. Tam wujek nawiązał kontakty z partyzantami, bo w lasach kieleckich było ich bardzo dużo, no więc tę broń wykopali. Ale nikt nie miał obiekcji, że to dziecko słucha, że dziecko chodzi tam, ogląda. Czyli pani też była przy wywoływaniu duchów? Oczywiście. Spałyśmy z mamą w jednym pokoju, właściwie w salonie, bo wujek miał dwa pokoje – jakiś salon, jadalnia i sypialnia. Zresztą chciałam tam nawet chodzić do szkoły, bo jak poszłam pierwszego dnia, to miałam chodzić do trzeciej klasy, ale sprawdzali tylko czytanie. I okazało się, że dobrze czytam i mówię, i przepisali mnie od razu do czwartej, no więc byłam dumna. Ale tam były straszne błota, taki czarnoziem, i jak wracałam z tej szkoły, to zgubiłam but w tym błocie – takie wtedy były półbuty. Wróciłam z jednym. Ale jak już ekipa poszła ten but wyławiać, to go nie było. Więc już nigdy do tej szkoły nie poszłam. Bardzo cierpiałam. Bo ni z tego, ni z owego iść do góry – to była uciecha. A czy miała pani jakąś swoją ulubioną koleżankę? Oj, tak. Miałam przyjaciółkę. Miała na imię Ewa, ale chciała, żeby mówić na nią Zosia, więc mówiło się Zosia. Z nią też była śmieszna historia. Oni mieszkali – rodzice Zosi – po drugiej stronie mojej ulicy, też w takiej willi z piwnicą i hodowali świnie w tej piwnicy. Myśmy z Zosią to wypatrzyły, a właściwie brat Zosi dużo starszy, który się obraził na rodziców, poradził nam, żebyśmy zajrzały do tej piwnicy, to zobaczymy coś ciekawego. Jak się mama Zosi zorientowała, że wiemy o tych świniach, to pamiętam, żeśmy klęczały pod świętym obrazem i przysięgały, że o tych świniach nikomu nie powiemy, bo to była niebezpieczna historia. W ogóle w tym czasie miałam trzy marzenia. Bo wszyscy mieli kozy, więc ja chciałam mieć kozę. Nie miałam, niestety, nigdy. Chciałam mieć krakowskie ubranie, wtedy dziewczynki bardzo lubiły to mieć; i chciałam sypać kwiatki na Boże Ciało, ale, niestety, nic mi się z tego nie trafiło. To były moje marzenia, nietrafione zupełnie. A czy pamięta pani, w co się pani bawiła z kolegami, z koleżankami? Owszem, tak. Ja kochałam lalki, ja się bawiłam lalkami, pewnie jeszcze jak miałam piętnaście lat. Miałam ich strasznie dużo. Najlepsza zabawa to była w dom. Ale jak w czasie wakacji przyjeżdżali chłopcy do wszystkich moich sąsiadów, to się bawiliśmy w Indian. Miałam zieloną sukienkę w jakieś kwiatki i oni biegli za mną, i ryczeli, że wodza w zielonej sukience powiesi się na haku. A była taka willa, którą zaczęto budować, ale tylko tak powyżej piwnicy były mury. I było okienko, ponieważ tam się paliło w piecach, więc przywozili węgiel i były takie haki, żeby jakieś wiadro na sznurku czy na łańcuchu spuszczać. I ja w tej zielonej sukience zawisłam na tym haku. Z tym że ja byłam pewna, że wiszę na skórze, a ja wisiałam tylko na sukience i ta sukienka się darła. I ja tak coraz bardziej się obsuwałam na dół. Wiem, że wszyscy pobiegli do mamy i krzyczeli, że wódz ginie w piwnicy, a mama nie bardzo się mogła zorientować. Ale zanim mama przyszła, to już mnie ktoś wyciągnął. A tak to dom, lalki – to była najlepsza zabawa. A jak wyglądały te pani lalki z okresu okupacji? Zaraz pani coś powiem. Kompromitującego, ale powiem. Część tych lalek to była sprzed wojny. Miałam ładne zabawki. Ale te lalki się jednak niszczyły, co by nie mówić. Ja wypatrzyłam w takim małym sklepiku małe laleczki. Kosztowały dwa pięćdziesiąt. Moja mama gdzieś u kogoś w Warszawie kupiła mydła i dla każdej sąsiadki było mydło za dwa złote. Ja sobie wymyśliłam, że jeżeli jest pięć mydełek, sprzedam po dwa pięćdziesiąt, to kupię sobie lalkę. No i tak zrobiłam. Ale jak przyszłam do domu z tą lalką, to powiedziałam mamie, pochwaliłam się. I mama kazała mi oddać wszystkim te pięćdziesiąt groszy. Znaczy sama mi je dała, bo już lalki nie mogłam sprzedać z powrotem. Jeszcze musiałam każdemu tłumaczyć, jaka to ja jestem, biedne kobiety na pięćdziesiąt groszy naciągnęłam. Już nigdy w życiu się za żaden handel nie brałam. Jeszcze się bawiliśmy w teatr. To była ukochana zabawa. Ktoś nam dał taką ramę z teatrzyku kukiełkowego. Taką z tektury. I rysowaliśmy do tego lalki i wystawialiśmy jakieś przedstawienia. Z tym że lalki to były bohomazy, bo akurat nikt z tego towarzystwa nie potrafił rysować. To były dzieci. Ale moja mama dużo chodziła do teatru i ja miałam żal, że miałam osiem, dziewięć, dziesięć lat, a w teatrze nie byłam. Mama mówiła: „Jak się wojna skończy, to pierwsze miejsce, gdzie pójdziemy, to będzie właśnie teatr”. I wtedy jak byłam na tych kukiełkach, to byłam pewna, że wojna się musi natychmiast skończyć, bo ja jestem w tym teatrze. Dlatego to było dla mnie ogromne przeżycie. Czy przedstawienia, które pani z kolegami czy z koleżankami pokazywała, były przedstawieniami, które panie same wymyśliły, czy na przykład były to teksty z gazet? Nie, gazet nie było przecież. Jedyny jakiś rocznik „Słoneczka” był. Ktoś tam miał. To była jedyna gazeta dla dzieci. Nie wiem, z którego roku to był rocznik. To się w kółko czytało. Była biblioteka w naszym domu, więc książek było dużo. Albo to były w jakiś sposób przedstawiane treści czytanych przez nas książek, albo jakieś wymyślane przez nas historie. Umawialiśmy się, że ty będziesz chłopcem, ja będę dziewczynką, ktoś tam będzie psem, ktoś tam myszą czy kozą i mówiło się, co się mówiło. A ponieważ tam był na ogół we wszystkich mieszkaniach duży pokój połączony z tak zwanym gabinetem takimi szerokimi drzwiami, można było wszystkie pozostałe nie grające dzieci usadzić w jednym pokoju, na jakimś stoliku postawić naszą scenkę. Nam się wydawało, że to jest prawdziwy teatr, bo przed wojną zdążyłam być tylko na „Królewnie Śnieżce” w kinie. Ale mama mówiła, że kino a teatr to nie ma porównania. No to też marzyłam tak o tym teatrze. A kto był vis-à-vis? Były inne dzieci z podwórka? Nie, tam nie było podwórek. To była ulica. Była ta Zosia, była Iza. Przychodziła taka Małgosia, córka takiej aktorki. Maria Malczewska. Nie, Malicka. Wszystko jedno. Jakieś tam z sąsiednich ulic. Później się sprowadziła Jola z Andrzejem. Właściwie nikt nie chodził do szkoły na dobre, bo albo gdzieś tam na prywatne lekcje, albo od czasu do czasu. Więc na zabawę mieliśmy bardzo dużo czasu.. Śmietana była z kredy i trzeba było chodzić i uzbierać na taką laseczkę kredy. A nie wiem dlaczego, liście dębu były grahamkami, bo nikt nie wiedział, jak wyglądają grahamki. Okropne były te momenty. Sąsiedzi mieli kozę. I byłyśmy u jakichś mamy znajomych i niosłyśmy obierki dla tej kozy, i Niemcy nas zatrzymali. Jeden pyta, co mama ma, więc mama mówi, że obierki. On nie wierzył oczywiście i wsadził rękę w te obierki. Ja nie byłam w stanie się powstrzymać od uśmiechania. Nie było miło w takie rzeczy włożyć rękę. On uznał, że ja się do niego śmieję, ten drugi Niemiec. On miał taki kapelusik i mnie pogładził po twarzy. Ja czułam, że mnie to piecze. I dał mi jeszcze cukierka. Ja się zastanawiałam, czy zjeść. Znaczy wiedziałam, że nie chcę. Ale on rozwinął i włożył mi do ust. Byłam pewna, że on ze złości za te obierki chce mnie otruć. Ale to był normalny cukierek. Wyplułam, jak nas opuścili, ale co się bałam, to bałam – że to są moje ostatnie chwile. Jeszcze pamiętam, wychodzimy ze szkoły – szło się przez takie łąki, jeszcze były niezabudowane Bielany – i widzimy tłumy wojska. To był czterdziesty pierwszy rok, na Bielanach były skoncentrowane wojska, które poszły na wschód. To był czerwiec. I potem koło tej kuchni niemieckiej – bo tam gotowali na świeżym powietrzu – i słyszeliśmy, że gdzieś w Warszawie (bo Bielany i Warszawa to była ogromna różnica), to plują do tych kotłów. Bardzo też chcieliśmy, ale byliśmy zbyt tchórzliwi i nie udało się nam. Pamięta pani jeszcze jakieś epizody z Niemcami przed Powstaniem w czasie okupacji? Tak, pamiętam. Ze zwierzakiem. Na tejże Radnej, to była zima, czterdziesty czwarty rok, właśnie przyjechałyśmy z Poniatowa, Peni miała uszyte palto. Peni to był taki mały ratlerek. To palto to była taka szuba z kołnierzem z futra. Moja ciocia też bardzo lubiła zwierzęta, więc obszywała te moje zwierzaki. To futro już wcześniej było uszyte, więc wiem, że jak Niemcy domagali się, żeby wszystkie futra oddawać w okresie bitwy o Stalingrad, to się sąsiedzi śmiali, że zedrą mi to futro z Peni. Peni sobie szła radną i na środku jezdni usiadła, i robiła kupę. Jechał Niemiec na motorze. Myśmy były zbyt daleko z ciocią, żeby do tego psa dobiec. I byłyśmy stuprocentowo pewne, że on tego psa rozjedzie. Proszę sobie wyobrazić, że on skręcił, wjechał na chodnik i psa ominął. Więc twierdzę, że Niemcy w stosunku do zwierząt byli lepsi, serdeczniejsi, mówiłam już pani o tym mleku. Może nie mieli wpojone, że zwierzęta też trzeba niszczyć. Ale stosunek do zwierząt był przyzwoitszy. Pamięta pani jeszcze jakieś spotkania z Niemcami? Mieszkał jakiś tam, bo oficerowie byli rozlokowani w tych willach. Więc jakiś tam mieszkał. To był Austriak. To był jakiś naukowiec, miał już dosyć wojny. To był dopiero czterdziesty pierwszy rok. Ale tak szczerze mówił, dużo mówił na ten temat. Może to jeszcze państwa zainteresuje. Mój wujek, mieszkający na Radnej, mąż owej cioci, o której już tu wspominałam, był oficerem rezerwy i był jakoś silnie związany z Armią Krajową. W czterdziestym drugim roku dostał rozkaz wyjazdu do Łodzi, tam miał tworzyć jakąś siatkę organizacyjną. Jechały z nim dwie łączniczki. Ale była jakaś wsypa, bo tylko z Łodzi wysiadł z pociągu i natychmiast go aresztowali i tą jedną łączniczkę, która gdzieś tam siedziała w pobliżu. Druga wróciła i opowiedziała. Był taki Franciszek Niepokólczycki, chyba nieobce wam to nazwisko, on był w naczelnych władzach, od zaopatrzenia w broń. I tak jakoś zimą w czterdziestym trzecim roku do cioci się zwrócono z prośbą, żeby ciocia wynajęła mu pokój, bo wujek najpierw był w więzieniu w Łodzi, potem w Oświęcimiu i został tam zamordowany. Cały czas dom był obserwowany, bez przerwy ktoś tam stał pod tym domem. To jakoś tak było widać. Wtedy wymyślili, że jeżeli tego pana Franka – wielką miłość mojego życia – zainstalują u cioci jako jej narzeczonego – szybko się kobieta pocieszyła – to nikomu nie przyjdzie do głowy, że jakąś osobę związaną z władzami Armia Krajowa może lokować w takim mieszkaniu, które się wydawało spalone. I rzeczywiście – do Powstania tam mieszkał. Też była tego typu historia, że wdowy dostawały takie renty i karty do „Meinla”, to był sklep na Krakowskim Przedmieściu. I wiem, że tam trzeba było koniecznie chodzić z dziewczynką z kokardkami; ciocia musiała chodzić odstrojona, dobrze było chodzić z pieskiem, bo piesek był mały i efektowny. Pierwszego sierpnia już były nowe kartki na sierpień. Miałam iść z ciocią, tylko się zaczęłam bawić na podwórku. Wreszcie podwórko, dużo dzieci. No i ciocia wołała mnie na górę, ja wołałam: „Zaraz, zaraz”. Potem zaczął padać deszcz i tylko dzięki temu przetrwałyśmy Powstanie we własnym domu, a nie gdzieś na Krakowskim Przedmieściu. A proszę jeszcze powiedzieć, czym zajmowała się pani mama? Mama była urzędnikiem Ministerstwa Zdrowia, prowadziła taki rocznik lekarski, była sekretarzem tego rocznika. Potem w trzydziestym dziewiątym było takie jakieś ogłoszenie: kto ma jakieś powody, żeby przerwać pracę, to może tą pracę porzucić. I mama, ponieważ ja byłam mała, zrezygnowała z pracy. A z czego się żyło? Głównie ze sprzedawania tego, co było do sprzedania. A w Poniatowie czym się zajmowała? W Poniatowie była wytwórnia spirytusu. Taka nieoficjalna oczywiście. I mama, która nic nie miała do czynienia z chemią, była szefem tego. Ale ulokowana była przez tych znajomych, żeby ktoś tam tego pilnował. Tam był jakiś chemik, oficer radziecki, który wyszedł z lasu, jakichś jeszcze paru panów ze wschodu, których los rozdzielił z rodziną, bo rodzina została wywieziona, a oni byli gdzieś poza domem. Więc tam była cała taka ekipa. Moja mama udawała, że się dobrze na tym zna, i wiem, że jej kiedyś to wybuchło i całą twarz miała poparzoną. Dobrze że wtedy wdowy chodziły i welony miały na twarz narzucone. Na Wielkanoc mama mogła przyjechać do Warszawy, bo tak to było strach – cała w bąblach. A tak to się głównie sprzedawało. A proszę jeszcze powiedzieć, czy miała pani jakieś obowiązki w domu? Właśnie niestety nic nie miałam i to jest tragedia, bo ja właściwie całe życie nie miałam obowiązków i jak zostałam sama po śmierci męża, i już na żadną pomoc nie było mnie stać, to już było bardzo niedobrze. Bo ja w wieku sześćdziesięciu lat uczyłam się wszystkiego. Rozumiem. W takim razie teraz dojdziemy do Powstania. Pierwszego sierpnia jest pani u cioci na Radnej, ponieważ mama przyjechała do Warszawy na trzytygodniowy urlop. Tak. Mama przed wybuchem Powstania, nie wiem, o trzeciej, czwartej, została zaproszona przez swoją koleżankę lekarkę , mieszkającą na sąsiedniej ulicy, ale nie było wiadomo po co, mama tylko powiedziała, że jak wróci ciocia, to mamy iść do tego „Meinla”, bo już są puste półki. I mamy nie było, ja zostałam z ciocią w momencie wybuchu Powstania. Mama przez jakieś dachy, przez coś, przedostała się, bo to była dosłownie sąsiednia ulica, ale trzeba było jakoś przejść, bo nie było odwagi. Zresztą ta nasza Radna to była ulica śmierci. To jest ulica między Dobrą i Browarną. Na Dobrej była elektrownia w rękach polskich i uniwersytet w rękach niemieckich. To była linia wymiany ognia. Pamiętam, że 2 sierpnia naszemu bezpośredniemu sąsiadowi – przez ścianę mieszkał, pan Kulesza – zało papierosów i postanowił iść do sklepiku w sąsiednim budynku. Tylko wyszedł z bramy, natychmiast został zastrzelony. Leżał tam zresztą cały dzień, bo co kto się wysuwał, to natychmiast padały strzały. To chyba było przyczyną – ale nie wiem, kto to zrobił, czy to mieszkańcy, czy to powstańcy – został wykopany tunel pod Radną, pod ziemią, na drugą stronę ulicy. Jakoś był tam obłożony deskami, głównie drzwiami od szaf, bo to ludzie tam przynosili. Nasza piwnica stała się takim deptakiem dzięki temu, bo żeby się z któregokolwiek miejsca Radnej przedostać na drugą stronę, to trzeba było przejść przez ten tunel. I dzięki temu tunelowi mogłam chodzić po Powiślu. Bo tak do końca sierpnia, to poza tym że było słychać te krowy czy szafy ryczące, że od czasu do czasu było jakieś bombardowanie, że ta nasza ulica nadal była ulicą śmierci, bo tam ileś osób jeszcze zginęło, to tak było spokojnie. Myśmy się na tym podwórku bawili. Akurat jeszcze dwoje dzieci było, które też przypadkowo się tam znalazły, bo ktoś przyszedł z wizytą, ktoś tam właśnie spod Warszawy przyjechał też do cioci na wakacje. Moją idolką była wtedy panna Ala. Panna Ala miała szesnaście lat, miała jasne włosy, więc była taka piękna jak księżniczka. Ja byłam jej uczepiona jak rzep psiego ogona, nie rozstawałam się z nią. Jej dwaj braci pracowali w elektrowni, młodzi tacy chłopcy, byli Powstańcami w elektrowni. I panna Ala była łaskawa, uprzejma i się ze mną wszędzie prowadzała. Tym tunelem przechodziłyśmy na drugą stronę ulicy Radnej. W prywatnym mieszkaniu była wytwórnia, nie wiem, lemoniady czy oranżady. Właśnie specjalnie dla Powstańców było to robione, dostarczane do elektrowni. Byłam dumna, że panna Ala mnie zabierała za sobą, mogłam przynajmniej zamykać te butelki. Bo były takie zamykane. I z panną Alą byłam i na koncercie Fogga i właśnie na tym teatrzyku kukiełkowym. Więc te moje wszystkie doznania powstańcze były związane właśnie z panną Alą. To była stara kamienica, taka jeszcze gdzieś z połowy dziewiętnastego wieku, ta w której mieszkaliśmy, były strasznie grube mury. Był taki korytarz bez okien, ślepy, dosyć duży i szeroki, i tam siedziały zaprzyjaźnione rodziny z ciocią z tej mojej kamienicy. Nawet nie schodziliśmy bardzo długo do piwnicy. Ja na urodziny – dziesiąte, takie jubileuszowe, było sporo gości – dostałam dużo gier planszowych. Wszyscyśmy grali w „chińczyka”, w jakąś „dobrą wróżkę”, w coś tam, coś tam, no i dzieci były szczęśliwe, bo wreszcie rodzice byli do wzięcia na cały dzień, było bardzo wesoło. Jakoś nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje. Dopiero 2 września całe podwórko było zasypane ulotkami niemieckimi. Że już zdobyli Stare Miasto, że jest opanowane i teraz jeżeli Powiśle się nie podda do trzeciego (dwadzieścia cztery godziny chyba dawali na to), to zrobią z Powiślem to samo co ze Starym Miastem. Oczywiście Powiśle się nie poddało, no i trzeci, czwarty i pół piątego, bo piątego nas wyrzucili, to już było coś niesamowitego. To już tylko ranni się przemieszczali. Pamiętam taką kobietę, której kamienica się zawaliła. To już Niemcy pędzili ich. I zostawiła córkę taką do połowy zasypaną gruzem, nie mogła tej córki wyciągnąć spod tego gruzu. To pierwszy taki kontakt ze straszną sytuacją. Już wtedy to żeśmy rzeczywiście siedzieli w tej piwnicy. Mama z jakimś tam garnkiem krupniku… Tam od czasu do czasu ktoś z tych Powstańców przybiegał, z ludzi już wypędzonych, i karmiła. Jeszcze chłopcy przynosili koninę, bo tam gdzieś ciągle padały konie na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Ale jak oni mieli jeść nożem i widelcem? Bo właśnie z trzema nożami i trzema widelcami moja mama wyszła z Warszawy. I z tym garnkiem. To było wszystko, co żeśmy wyniosły. No i potem coraz więcej ludzi napływało, to już był piąty września. Przechodzili przez ten nasz blok i byli już wyprowadzani na górę. W jakimś momencie Niemcy dotarli już do naszej kamienicy, no i nas wszystkich wyrzucili na ulice i zaprowadzili do takiego domu na rogu Browarnej i Radnej – duży blok, taki z oficynami. Ale to wszystko się tak szybko odbywało, że Niemcy stracili kontakt z własnym lotnictwem i tam nas strasznie zbombardowali. Z tym że ludzi, którzy siedzieli na tym podwórzu, to tylko odłamki [trafiły], gruz lecący – więcej było rannych. Natomiast uderzyli w budynek, a tam byli schowani Niemcy. Więc podobno tam parunastu zostało zabitych Niemców. Potem jakoś tam dali znać i się uspokoiło. Potem szliśmy przez całe miasto na Wolę do kościoła Świętego Wojciecha. I wtedy zdzierali ze wszystkich złoto. Ja miałam do takich sznurowanych butów włożone dwie obrączki, do jednego buta mamy, do jednego buta cioci. Wyobrażacie sobie, jak mi się szło? Tutaj te dwa zwierzaki, tutaj te cztery obrączki. Mama w koku wynosiła jakieś resztki złota. Z sąsiedniego bloku taka pani, taka znana nam – spuchły jej ręce, nie mogła zdjąć obrączki. Samego tego cięcia nie widziałam, ale ten łomot jak się odwróciłam, bo pani zemdlała. „Ukraińcy” tam byli, obcięli jej palec. No i została z tym mężem, już więcej jej nikt nie widział, a wszyscyśmy się w tym kościele odnaleźli. I zobaczyłam jeszcze kobietę trzymającą dziecko, ale zabitą. Nie wiem, gdzie to było, bo Warszawa była tak już zniszczona. Od tego momentu tak się potwornie zaczęłam bać, wręcz krzyczałam. Ale dopiero to na mnie zrobiło straszne wrażenie. Zapędzili nas najpierw do tego kościoła. Tam chodzili, wyciągali młode kobiety w nocy. W konfesjonałach były ubikacje zrobione, bo przecież nie wypuszczali nikogo. Ani jedzenia, ani wody, ani niczego nie było. No a rano zapędzili nas na Dworzec Zachodni i wywieźli do obozu do Pruszkowa. No i tam siedzieliśmy przez dwa dni w obozie. Wracamy do Powstania. Wiemy, że dzieci z rodzicami grały w gry. A kiedy miała pani urodziny? W czasie Powstania? Nie, w maju. Ale te wszystkie gry były przywiezione do Warszawy, żeby sobie ciocia pograła przy okazji. Chodziła pani z panną Alą z lemoniadą do elektrowni. Nie, myśmy robiły tę lemoniadę. To było w prywatnym mieszkaniu takich dwóch przyjaciółek panny Ali, też Ali i Basi. One sobie pozwoliły mówić per „ty”, natomiast panna Ala była z tej „panny Ali” bardzo dumna. No i bawiłyśmy się na podwórzu, jak się zaczynały jakieś naloty, to wycofywali nas. Moja znajomość geografii była strasznie marna w tym czasie, bo w jakiejś tam gazetce była informacja, że wojska radzieckie są już w Pradze. Ale do mnie różnica „w” i „na” nie dotarła i wykonałam jakiś – pamiętam ku przerażeniu wszystkich – taniec, że już jesteśmy tu wyzwoleni. Bo się jednak czekało, że przyjdzie ze wschodu to wyzwolenie. A to chodziło o Pragę czeską. Jakieś gazetki docierały, jacyś znajomi przysyłali listy. A w co się dzieci bawiły? Oprócz tego że grały w gry. No w wojnę oczywiście. W rannych, w opatrywanie. Już Indianie zostali wyparci przez Powstańców. A jak dotarła pani na teatrzyk „Kukiełki pod barykadą”? Wszędzie chodziłam z panną Alą. Pannę Alę zapraszano, ponieważ, jak mówiłam, była śliczna. Różni Powstańcy, koledzy jej braci, bracia. No więc gdzie co się działo, to oni przychodzili i zabierali pannę Alę. Ja lazłam wszędzie za panną Alą. Oni byli na tyle uprzejmi, że jak się zalecali do panny Ali, to mówili, że Hanusia też jest taka miła i śliczna. Tak więc bardzo byłam dumna z tego towarzystwa. Z tym że ja zupełnie nie wiem, gdzie to było. Czy to było na ulicy Tamka, czy to było gdzieś przy szpitalu Czerwonego Krzyża. W każdym razie w piwnicy, to na pewno. Zarówno występ Fogga, jak i ten teatrzyk kukiełkowy. Dla mnie ten teatrzyk to była szalenie ważna sprawa, bo to był sygnał, że się wojna skończyła albo tej nocy jeszcze skończy, bo ja miałam iść do teatru, jak się skończy wojna. To było coś, na co czekałam. Szalenie mi się podobał tygrys. Cierpiałam, że tygrys to jest niemiecki czołg. Jak można było takie miłe, ładne zwierzątko zrobić Niemcem. Poza tym pamiętam, że patrzyłam na te kukiełki, grające rolę Powstańców, czy one są podobne do tych moich kolegów. Bo tylko z takimi miałam kontakty. Oni zauważyli i pytali, czy ja widzę, że to oni są, no więc oczywiście, chcąc im zrobić przyjemność, mówiłam że tak, że widzę. I od nikogo nie mogę uzyskać informacji, jest taka piosenka powstańcza: „już czas, już czas, Bór wzywa nas”. Czy ja ją słyszałam już wtedy? „My nie tygrysy, ale lwy…” – jest taki fragment. I czy ja ją słyszałam na tym przedstawieniu kukiełkowym, czy potem już w Łodzi, jak byłam harcerką. Być może. Na każdym z przedstawień teatralnych „Kukiełek pod Barykadą” były różne piosenki, niestety one w scenariusz nie są wpisane. Mi się wydaje, że ja stamtąd ją pamiętałam. W Łodzi właśnie opowiadałam moim koleżankom, druhnom, że ja już tą piosenkę skądś znałam. Ale nie mogłam znikąd indziej, tylko z tego przedstawienia. Być może. Mogła być w przedstawieniu. Właśnie nikt mi nigdy nie potrafił odpowiedzieć. Ale może rzeczywiście, tak. Bo pamiętam, że jakiejś piosenki nawet nas chyba uczyli śpiewać. Bo tam było wtedy bardzo dużo dzieci. A dzieci są zawsze takie chętne do udziału. Więc ja coś tam z tego pamiętałam i próbowałam wyśpiewywać, czekając na tę wojnę, co się w nocy skończy. A pamięta pani coś jeszcze? Jakieś emocje? To był mój pierwszy prawdziwy teatr. Dla mnie to on był najprawdziwszy na świecie. Więc te emocje były ogromne. Nie dość że ja te pięć lat, czy ile tam, czekałam na ten teatr, to jeszcze go widziałam. Był naprawdę. Potem podeszłam, nie wiem, czy to byli znajomi tego mojego towarzystwa, czy po prostu młodzi, kontaktowi ludzie. Wiem, że podeszliśmy do tych aktorów. Ja ciągle sobie nie potrafiłam wyobrazić – te kukiełki się inaczej poruszały niż nasze. Nie było widać naszych rąk. Pozwolili mi oczywiście tygrysa pogłaskać. Byłam tak zachwycona, w takiej euforii. Miałam opowiadać wszystkim, bo tam jeszcze dwóch takich chłopców siedziało ze mną w korytarzu, ale oni nie byli zaprzyjaźnieni z panną Alą – tacy mniej więcej w moim wieku – więc miałam im opowiedzieć i okazało się, że ja nawet niewiele potrafię powiedzieć. Mama potem z ciocią wymieniały uwagi, a ja niby spałam, ale słyszałam, że jakie to wrażenie zrobiło na dziecku, że nie najgłupsze, a nic nie wie, co widziało. A czy pani pamięta, czy przy państwu składał się ten teatrzyk? Czy pomagaliście jakoś nieść czy składać? Nie, jak myśmy przyszli, to już była kurtyna. Chyba była kurtyna, bo na razie tylko była ta rama, taką jak myśmy mieli, tylko dużo większa. Bo to też na tym stało chyba. Potem to na pewno, jeżeli myśmy się tam kręcili, już wszyscy wyszli, a chłopcy z opaskami, było wiadomo że Powstańcy, więc nikt stamtąd ich nie wypędzał. Więc prawdopodobnie przy nas pakowali. Ale ja byłam tak tym zachwycona i tak wzruszona spełnieniem moich marzeń, że nie wiem, nie pamiętam. Nawet tych twarzy – bo czasem jakieś twarze człowiek pamięta, zostają – tych aktorów, nie wiem… To był zachwyt dziecka, któremu spełniły się marzenia. Niesamowite. A pani raz widziała teatrzyk? Raz. Nawet nie wiedziałam bardzo długo, że to jeszcze było kilkakrotnie powtarzane. Tak, to było kilkanaście razy. I ciągle na Powiślu, tak? Na Powiślu, kilka razy w Śródmieściu. Nie, nie. Byłyśmy tylko raz. A teatrzyk był jak najprawdziwszy, bo obie panie, które go wymyśliły, są aktorkami i studiowały, więc był jak najbardziej prawdziwy i profesjonalny. Dla mnie był fantastyczny. I to umiłowanie mi zostało, ja w szkole głównie organizowałam jakieś teatry, imprezy. To były najciekawsze momenty mojej szkolnej pracy. A pamięta pani koncert Mieczysława Fogga? To było w tej samej piwnicy? Nie, chyba nie było w tej samej, bo wiem, że ten teatrzyk był gdzieś tutaj bliżej, natomiast wydaje mi się, że Fogg był w szpitalu. Ale też się chodziło piwnicami, gdzieś tam wychodziło przez podwórka, z tym że ta część w kierunku mostu Poniatowskiego była taka jeszcze dosyć bezpieczna w tym czasie. Ale na pewno to nie było w tym samym miejscu. Czy pani pamięta jeszcze coś z Powstania, o czym chciałaby pani powiedzieć? Śmieszne rzeczy. Bardzo dobrze. Jeszcze to się zaczęło przed Powstaniem. Ostatnia niedziela przed Powstaniem – był kupiony kawałek schabu na obiad. I zupa jarzynowa. Ja tej zupy nie chciałam jeść i kotleta schabowego nie dostałam. We wtorek wybuchło Powstanie i cały czas się moja mama denerwowała, że dziecko zginie, a tego kotleta nie dostało. Natomiast nie wiem którego, pewnie w końcu sierpnia albo 2 czy 3 września chłopcy przynieśli taką wielką polędwicę końską. I się cieszyli, mama ją tam zamarynowała. Ale niestety ta polędwica nie została upieczona i została. Całe to towarzystwo, głównie sąsiedzi cioci zaprzyjaźnieni, to cały czas tylko wspominali i w tym kościele i w obozie: „A tam ta nasza polędwica leży”. I też jeszcze były konfitury z róży, które mama mówiła, że [są] na zakończenie wojny. O, jeszcze – wtedy jak wróciłam z teatru, to krzyknęłam, że teraz jemy konfitury z róży. Mama mówi, że jeszcze nie wiadomo, czy ta wojna się skończyła. No i te konfitury też zostały. Więc też żeśmy mamie wypominały z ciotką – ciotka była dużo od mamy młodsza i właściwie swego czasu była wychowywana przez mamę, więc żeśmy ją traktowały jako naszą nieomalże wspólną mamę – że przez to skąpstwo mamy nie dostałyśmy konfitur. Pamięta pani, co pani jadła w czasie Powstania? Tak, pamiętam. Suchary, jakieś tam zupy. I piekłyśmy z ciocią Lilą ciasto. Ale tylko był proszek do pieczenia, soda. Jakaś tam mąka była, cukier był. Ale marzył nam się chleb, zwykły chleb. No przynoszono. Tam były działki na Wybrzeżu Kościuszkowskim, tak wzdłuż jezdni. Więc też czasem jakieś parę kartofli przynieśli. Kiedyś chłopcy przynieśli trochę mleka od zakonnic na Tamce, one podobno miały tam krowę jakąś. Ale to też było mleko dla zwierząt oczywiście. A czym pani karmiła kota i psa w czasie Powstania. Tym co myśmy jadły, jakimiś tam zupkami. No nie wiem, słonina jakaś była. Wie pani, nie bardzo się interesowałam, co my jemy, tylko wiem, żeśmy te ciastka w kółko piekły. Ale jakieś pierniki, jakieś kruche, bo nie było drożdży, a z drożdży można by było chleb upiec. Więc tam każdy miał jakieś zapasy. A poza tym było bardzo dużo takich ślazowych cukierków, bo tam była fabryka „Fuchsa” i taki pan sąsiad zaprzyjaźniony w tej fabryce pracował, i tam parokrotnie się udawał, i takie kawałki, żółte jak miód, cukierków – ale takie bryły – przynosił. To się rozbijało i były cukierki. Proszę opowiedzieć od momentu, kiedy pani trafiła na Dworzec Zachodni. Szła tam pani ciągle z pieskiem i z kotkiem? Z pieskiem i kotkiem. I tymi obrączkami. Niesamowity ból, ale kazali mi w tym iść, to szłam. Zresztą po tamtej pani, która zginęła, dalej już jej nie było, no to się bałam i nie wiem, na czym bym szła, na minie chyba bym szła, bylebym tylko mogła iść. Więc wsadzili nas do jakichś wagonów, bo jechaliśmy z Dworca Zachodniego pociągiem do Pruszkowa. Z tym że w trakcie jacyś ludzie stali i rzucali jabłka, pomidory. Z tym że pomidory na ogół się rozpadały, a jabłka jakieś tam docierały. Z tym że Niemcy wystawiali lufy karabinów i krzyczeli, ale ludzie rzucali, czasem nawet się komuś chleb trafił, co było najwspanialszą rzeczą. Potem przypędzili nas do tego Pruszkowa. Siedzieliśmy tam gdzieś w takich halach. Nie wiem, co tam leżało, ale na jakichś podwyższeniach czy deskach, czy drzwiach spało się, ale w tym co kto miał, bo do nakrycia nic nie było. Ciepło było wtedy. A współpasażerowie nie narzekali, że ma pani pieska i kotka? Nie, nawet nikomu nie przyszło do głowy. To pewnie były wystraszone zwierzęta, grzeczne, spokojne. Nie, zupełnie nikt. Była nas tam duża, zaprzyjaźniona grupa, pewnie dziewięć osób. Tak, dziewięć, takich przyjaciół cioci z tej kamienicy. I tak żeśmy razem tam siedzieli. I nawet mówiłam, że ten Niemiec mleko przyniósł. Jechaliśmy w strasznym tłoku. Wiem, że jakieś jabłko mi się trafiło. Przyjechaliśmy tam do Pruszkowa. Gdzieś nas tam do hali fabrycznej [ulokowano] – bo tam była chyba naprawa parowozów czy w ogóle wagonów kolejowych. Ja miałam bardzo długie i grube warkocze i marzyłam, żeby mi je odcięto, a moja mama mi wmawiała, że tata nieomal umierając – to nie była prawda, to był szantaż – życzył sobie, żebym te warkocze miała. I podeszła jakaś siostra zakonna do mamy i powiedziała: „Niech pani szybko dziecku obetnie włosy, bo tu jest strasznie dużo wszy”. I te włosy mi obcięli. Więc na razie byłam szczęśliwa, bo to mnie ciągnęło, jak mama czesała, ten warkocz mi przeszkadzał. I tak na razie wydawało się, że jest wszystko spokojnie. I tak chyba żeśmy ze dwa dni w tej hali siedzieli i potem trzeciego dnia wyprowadzili nas na taką pustą przestrzeń, i tak: mężczyźni, młode samotne kobiety na przykład lewo, a kobiety z dziećmi i starzy ludzie na prawo. Byłam pewna, że to do gazu, do obozu albo będą nas tam na miejscu rozstrzeliwać i wtedy się tak straszliwie bałam, że byłam nieprzytomna ze strachu. Ktoś tam mojej cioci pożyczył chłopca, chłopiec się wystraszył, uciekł do swojej mamy. I ciocia była w charakterze bezdzietnej, trzydziestoparoletnia kobieta. Wprawdzie była wymazana sadzą, owinięta jakąś chustką, ale dobrze było widać, że to nie jest staruszka. I zlecili cioci iść na lewo a mamie i mnie na prawo. A był ten koszyczek z widelcami, nożami i garnkiem. I mama do Niemca, który segregację przeprowadzał, mówi, że dobrze, że za chwilę, tylko podzielimy się tym majątkiem, który mamy w koszyczku. I mama twierdzi, że ten Niemiec do mamy mrugnął. Mama kazała cioci wziąć mnie za rękę i przejść. Ciotka nie znała niemieckiego, więc nie wiedziała w czym rzecz, więc myślała, że ten Niemiec jej pozwolił przejść. A mama się popakowała, popakowała i przeszła również. Niemiecki mojej mamy nas wielokrotnie w czasie okupacji i później ratował. Potem wsadzili nas do jakichś następnych pociągów i dojechaliśmy do Szymanowa. Ten obóz w Szymanowie to były druty kolczaste w szczerym polu. Wtedy zrobiło się zimno i padał deszcz. Pani zwierzęta miała dalej ze sobą? No oczywiście, cały czas. Jak mogłam się z nimi rozstać. Tam to było strasznie. Tam myśmy siedzieli jeden dzień, ale wszyscy byli mokrzy, bo padało okropnie. Tam widziałam, jak niemowlę umarło. Ta pani tam do mamy przyszła, bo ktoś powiedział, że mama coś tam zna się na medycynie, i zobaczyła, że to dziecko jest nieżywe. To było straszne. Tam jacyś starzy ludzie już nie wstawali. I potem zaczęły podjeżdżać wozy. Takie zwykłe wiejskie wozy. I tam po ileś osób, nie wiem, dwadzieścia, wsadzali na ten wóz. Ale nie było wiadomo, co dalej. I albo się jechało na wieś do jakiegoś gospodarstwa, albo do jakiegoś majątku. I nam się trafił jakiś majątek. To się nazywało Kawęczyn. I tam ten tłum ludzi nic niemających, wsadzili do stajni, tam na górze było siano. No i ludzie, nie wiem, czesali się, musieli, bo siedzieli na górze, i jakieś tam włosy pospadały. I to miało zaszkodzić koniom. No więc wyrzucili nas z tej stajni gdzieś do jakiejś stodoły. I znowuż los sprzyjał. Była taka niemiecka kuchnia polowa i tam po kolei wszyscy mieli gotować. No to mama żądna działania zgłosiła się do gotowania. I przyszedł właściciel tego majątku, i okazało się, że grali gdzieś tam z moją mamą w brydża, był kuzynem jakichś mamy znajomych. Mały dworek był, nie było miejsca, więc zabrali nas. On dał nam [miejsce] w czworakach, mieszkał na parterze karbowy, a na górze był taki pokój. No i w te dziewięć osób plus pies i kot żeśmy siedzieli. I tu się zaraz tragicznie skończy los psa. Niemcy mieli takie duże suki jakieś. Pewnie i psy. Ta duża suka miała cieczkę i rzuciła się na naszą małą, i strasznie ją pogryzła. Ciocia dziesięć kilometrów szła do weterynarza wojskowego niemieckiego, żeby ratować tego psa, ale go już nie doniosła. Został nam tylko kot. No i później mama uzyskała jakieś pozwolenie wyjazdu do Piastowa. Tam w Piastowie mieszkali rodzice mojego taty. I tam żeśmy dotarły. Ale ponieważ to było zbyt blisko Warszawy i była masa uciekinierów z Warszawy, ludzi którzy uciekli z obozu w Pruszkowie, to bez przerwy wchodzili Niemcy i aresztowali. I ciągle na tą moją ciocię padało. Raz w szafie siedziała, ale ją z tej szafy wyciągnęli, pytali, co robi. A ciocia akurat składała bieliznę, więc miała bieliznę w ręku. Mówiła, że suszy bieliznę, ale to było bez sensu, wtedy to się zaczęli śmiać i poszli sobie. Znowuż ruszyliśmy do Buzka. Tenże wujek, u którego, jak mówiłam, byłam w Złotej pińczowskiej, wtedy akurat pracował w Buzku. I tam już dotarłyśmy, i byłyśmy do czterdziestego piątego roku. Nie mogła pani z powrotem wrócić do Warszawy? Nie, bo właśnie tam też był ktoś z Bielan. Zięć tych państwa. On był na wakacjach, bo pewnie z Warszawy to by nie ruszył. I on przyjechał do Warszawy zobaczyć, co zostało. I ich dom na Bielanach był, a z po kamienicy na Radnej śladu nie było. Ktoś tam ze znajomych był w Łodzi. Wtedy to przez radio się szukało znajomych. Nie miałyśmy radia, ale ktoś tam usłyszał, że szukają, i nawiązaliśmy kontakt. Tak się złożyło, że mąż jakiejś tam koleżanki z pracy cioci był prezydentem Łodzi. Taki pan Mijal z przedziwną historią w PRL-u. I najpierw ciocia ruszyła na zwiady, a później my i w czterdziestym dziewiątym roku wróciłyśmy do Warszawy. A ja jeszcze chyba w czterdziestym ósmym stwierdziłam, że muszę mieszkać w Warszawie. Nie robiły te moje jęki na nikim wrażenia. A zaczytywałam się „Kamieniami na szaniec”. To było nie do porównania, ale jak Alek odmówił jedzenia słodyczy po aresztowaniu ojca, więc ja też odmówiłam cukrzenia, jedzenia słodyczy i pojechałam do nazaretanek, do Warszawy do internatu. Ale jak przyjechałam po dwóch miesiącach do Łodzi, to zostałam z powrotem, bo koleżanki mnie namówiły. Do czterdziestego dziewiątego roku ostatecznie mieszkałam w Łodzi. Chciałaby jeszcze pani coś powiedzieć o tym, co działo się po wojnie. Po wojnie my mieszkałyśmy w Łodzi. Dawali do wyboru mieszkania, ale to nie było powierzchni, ani ile to jest, tylko ile mebli jest. Meble wymienione. No to ciocia wzięła zachłannie tam, gdzie najwięcej mebli. A to się okazało, że to był jeden pokój z kuchnią kaflową, z kranem w pokoju i ubikacją na korytarzu. No więc zaczęło się poszukiwanie mieszkania. Ktoś tam był znajomym Ireny Krzywickiej, która była wtedy attaché kulturalnym we Francji i tego pana jako swojego sekretarza zaprosiła. I oni oddali nam, wyjeżdżając, swoje mieszkanie w domu literatów. Ale bardzo szybko przyszedł taki wesoły pan ze Związku Literatów – bo kilka takich zaprzyjaźnionych rodzin [było], w każdym mieszkaniu ktoś tam mieszkał – powiedział, że albo będziemy pisać (mama, ciocia i tamte panie), oczywiście to było w cudzysłowie, albo wyniesiemy się. I trzeba było starać się o jakieś mieszkania. A potem tutaj przyjechałyśmy, do Warszawy. Też oczywiście do służbowego mieszkania na Szwoleżerów. A później mama pracowała w MHZ-cie i dostała mieszkanie na Uniwersyteckiej. No i od tej pory, od pięćdziesiątego drugiego roku – wtedy właśnie zrobiłam maturę – byłam związana z Ochotą. Warszawa, 25 marca 2010 roku Rozmowę prowadziła Anna Bosiacka oT9kD.